czwartek, 21 lipca 2016

Domowe przedszkole czyli dlaczego przy czwórce dzieci w domu stopery do uszy mogą być niezbędne ;)

Drugi post dzisiaj będzie nieco lżejszy w temacie:))

Starszak zamarzył sobie zaprosić dwóch "arbuzowych" kolegów do domu. Sprawnie ustaliliśmy szczegóły z rodzicami chłopaków i dziś około 16.00 stałam się szczęśliwą "posiadaczką" czwórki dzieci. I już wiem, dlaczego Rivulet tak często marzy o stoperach do uszu. Mnie przy mojej rozgadanej dwójce czasem cisza wydaje się towarem luksusowym. Dziś stwierdziłam, że jak jest ich dwóch to jest jeszcze całkiem znośnie. Ale czterej generują taką ilość decybeli, że nawet remont u sąsiada z dołu np. wiertarka czy kątówka, są skutecznie stłumione przez ich okrzyki, śmiechy czy normalne rozmowy. Przy tym widać było, że bawią się znakomicie.
A ja dziś przeszłam chrzest bojowy wracając z nimi czterema z przedszkola  najpierw autobusem a potem metrem. I było spoko, choć zastanawiałam się jaki poziom hałasu spowoduje reakcję współpasażerów. Ale nie było źle, pasażerowie byli wyrozumiali, a droga do domu krótka. 
A w domu............. W domu chłopcy świetnie wspólnie się bawili. rozbudowali tor dla samochodzików, zagrali w planszówkę, w grę wyścigową na konsoli, a na koniec rozegrali mecz ręczno-nożnej piłki pokojowej :))) Na kolację wchłonęli stertę naleśników (niezawodna jak dotąd potrawa) i trudno im było się pożegnać, gdy przyszli po nich rodzice.
Wszyscy czterej spędzili wspaniały wieczór. 

Rocznica powstania

Miał być post o Toruniu i spotkaniu z przyjaciółmi. Ale....
Za kilkanaście dni kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Do tej pory wspominaliśmy tych, co zginęli w walce, pod gruzami czy zostali zamordowani. W tym roku na siłę mamy dołączyć do nich ofiary katastrofy smoleńskiej. Po co?
Chyba tylko po to, żeby udowodnić, że jak się jest u władzy, można robić wszystko, co przyjdzie do głowy.
Nie rozumiem motywacji władz. A jako wnuczka Powstańca nie zgadzam się na wpychanie na siłę apelu smoleńskiego. Nie do pamięci o ludziach, którzy bez wahania poświęcili dla Polski swoje życie.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Lipcowych wędrówek część 1

Lipiec i pogoda.
Można się po niej spodziewać wszystkiego, tylko nie nudy. 
Więc i my się nie nudzimy.

Dwa tygodnie temu, w sobotę, niemiłosierny upał wygonił nas z Warszawy. Najpierw, tradycyjnie jak co sobota, wypad na koniki, a potem prosto do naszego ulubionego Parku Zdrojowego w Konstancinie. Park jest rozległy, drzewa stare, wysokie i rozłożyste, więc i cień dają spory. Pograliśmy w piłkę, pooglądaliśmy stare kąty, sprawdziliśmy co się zmieniło, a zmian sporo i to na lepsze. A potem zalegliśmy na kocyku i relaksowaliśmy się patrząc jak słońce prześwieca przez liście drzew. Było nam ............ błogo.
Tak błogo, że z bardzo słabym entuzjazmem podążyliśmy na pobliski plac zabaw. Przy okazji odkryliśmy nową, bardzo przyjemną kawiarnię w miejsce starej, ponurej, drewnianej budy. Z placu zabaw wygnał nas głód, a że zupełnie nie miałam weny na gotowanie, odwiedziliśmy naszą ulubioną, powsińską restaurację, a potem relaksowaliśmy się w domu.
Niedziela za to przywitała nas deszczem obficie lejącym się z nieba. Ponieważ kalosze i kurtki przeciwdeszczowe dzieciaków zostały w przedszkolu, nie pozostało nam nic innego jak zorganizować jakąś rozrywkę pod dachem.
Wybór padł na salę zabaw obok "Warszawianki". Postanowiliśmy ją wreszcie przetestować. Sala jest duża, bardzo wysoka, mnóstwo atrakcji: zjeżdżalnie zwykłe, rury do zjeżdżania proste i kręcone, trampoliny, armatki na mięciutkie gąbkowe pociski, rowerki, miniboisko.... Chłopcy po początkowym onieśmieleniu biegali jak szaleni. Dobrze, że wzięłam koszulki na zmianę. Bawili się tak dobrze, ze dwie godziny przefrunęły w mgnieniu oka. 

W ubiegły weekend zaś, mimo niepewnych prognoz, zrealizowaliśmy marzenie chłopaków i pojechaliśmy do trzeciego JuraParku w Polsce, do Solca Kujawskiego. Udało się nam załatwić nocleg i dojechać w piątek późnym wieczorem. A od rana w sobotę rozpoczęliśmy naszą wyprawę. Najpierw...... po produkty na śniadanie do sklepu, a potem do parku dinozaurów.
Sam park jest bardzo interesujący. Długa, kręta ścieżka dydaktyczna prowadzi przez wszystkie epoki mezozoiku: trias, jurę i kredę. Figury gadów zostały ciekawie wkomponowane w leśne zakątki, a fakt, że przyszliśmy tak wcześnie pozwolił nam oglądać dinozaury w spokoju i we własnym tempie. Oprócz modeli dinozaurów są też ukryte w trawie ogromne modele owadów. Jest między innymi mrówka, osa, biedronka, konik polny, a nawet...... stonka ziemniaczana.
A potem..... potem przyszedł czas na korzystanie z atrakcji parku rozrywki. A było z czego!!! Karuzele, mała kolejka, duża i szybka kolejka, samochodziki, pontony, statek piracki, kulki, duży plac zabaw ze zjeżdżalniami i pajęczynami. Spędziliśmy na takich rozrywkach kilka dobrych godzin. Z przerwami na deszcz kropiący lub polewający, jedzenie (tak pysznego deseru z bezy jeszcze nie jadłam) i na zwiedzanie muzeum. W muzeum zafascynowały mnie trzy rzeczy: wspaniały model ryby pancernej, mini łódź podwodna (sala, gdzie przez szybę lub peryskop podziwialiśmy modele zwierząt wodnych) i wspaniały model mamuta włochatego (do tej pory nie zdawałam sobie sprawy jak jest wielki). Skorzystaliśmy też z seansu w kinie 5D, a w zasadzie to skorzystał Młodszy i Tata. Starszak kategorycznie odmówił. Dla niego największą frajdą była jazda samochodzikami po torze, oprócz dinozaurów oczywiście:))
A dla Młodszego - szybka kolejka w kształcie zielonej gąsienicy. Tak, tak dla naszego dziarskiego trzylatka była to najwspanialsza zabawa. W takich miejscach chyba najmocniej widzę różnicę między nimi. Starszak nadal nie lubi gwałtownych zwrotów, intensywnego kręcenia i głośnych dźwięków, zwłaszcza znienacka. Młodszego komentarz gdy wysiedliśmy z kolejki: "Mamo, ale się wyszalałem", mówi sam za siebie.
Po tak intensywnym dniu wieczorem, po dawce króla Juliana i pingwinów, padli jak muchy.
A w niedzielę, w niedzielę wyruszyliśmy  do Torunia, na spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi.
Ale to już temat na inny post.


poniedziałek, 4 lipca 2016

Szkoła, szkoła...... wybór jest niełatwy

Pisałam jakiś czas temu, że chcemy zapisać Starszego do szkoły publicznej. Ale pojawiły się wątpliwości, najpierw małe, potem coraz większe.

W ogóle ze szkołą podstawową dla Starszaka sprawa nie jest łatwa. Na samym początku po przeprowadzce i przebojach z pierwszym przedszkolem na Ursynowie myśleliśmy o szkole prywatnej, która powstawała przy przedszkolu, w którym ostatecznie znalazł się A. Potem trochę odstraszyły nas koszty czesnego i spora odległość od domu. Odległość mająca wpływ i na czas dojazdu, i na kolegów, którzy mieszkaliby daleko od nas.
Zaczęliśmy rozważać zapisanie A do szkoły publicznej. Najpierw myśleliśmy o rejonie, bo  tam się dostać najłatwiej. Nasza rejonowa podstawówka ma dużą zaletę. Jest w odległości 15 minut od domu piechotą i nie trzeba przechodzić przez żadną ulicę. W teorii od czwartej klasy Starszy mógłby chodzić i wracać sam. Miałby też blisko do koleżanek i kolegów. Jest jednak bardzo duże ale, które pojawiło się, gdy zrobiłam mały wywiad środowiskowy. Ta szkoła ma tragiczny wynik egzaminu z matematyki po szóstej klasie. Bo 60% uczniów którzy zdali matmę to według mnie katastrofa. I to wykluczyło tę szkołę z naszych rozważań. Pozostały dwie niezłe podstawówki publiczne niedaleko nas. Ale to już nie nasz rejon. Oczywiście można próbować dostać się do szkoły poza rejonem. Ale..... Dla pełnej rodziny, z przyzwoitym dochodem ..... graniczy to z cudem. Zwłaszcza, że chcieliśmy, jak wielu innych rodziców, zostawić A w zerówce. Szanse zerowe, chyba że weźmiemy rozwód :))

A potem, potem obejrzałam szkołę, najbliższą nam poza naszą rejonową. Jest blisko, ma dobre opinie i świetlica jest czynna do 18.00 - ewenement w podstawówce. I wiem na pewno, że nie widzę w niej mojego, nadwrażliwego słuchowo i drobnego synka. Planowanych jest siedem pierwszych klas być może nawet osiem, a dzieci w klasie może być 25 lub nawet więcej. Zniesiono bowiem limit uczniów w klasie. Już nawet nie pytałam ile będzie zerówek. Z jakąkolwiek dietą jest problem - ewentualnie dziecko może nie jeść obiadu. Kłopot w tym, że jeśli ja mam druga zmianę, to Starszy od 8.00 do 17.30 byłby bez ciepłego posiłku. Pomyśleliśmy sobie z mężem, że w takiej szkole i synek, i my będziemy się męczyć.
Rozmawiałam też z pedagogiem, zwracając uwagę na zaburzenia SI u Starszaka. Doradziła mi, żeby poczekać ze zmianą miejsca jeszcze rok, bo 6 lat to nie jest najlepszy czas na tak gruntowną zmianę.

Zdecydowaliśmy się więc zostawić Starszaka w zerówce, w szkole prywatnej. Szkoła i przedszkole, gdzie wcześniej chodził, tworzą wspólny kompleks budynków, boiska i placów zabaw. Obaj chłopcy będą w tym samym miejscu, co znacznie ułatwi nam, rodzicom życie :)) A oni nadal będą się widywać na placu zabaw, więc będą mogli się wspierać. Klasy są małe, z dietą nie ma problemu. A szkoła jest bardziej nastawiona na edukację niż na śrubowanie średniej.

Decyzja nie była łatwa. Będzie dość daleko od domu. Zanim chłopcy zaczną tam jeździć sami  minie jeszcze parę lat. Koledzy będą mieszkać dalej. I towarzystwo trochę bardziej "snobistyczno-elitarne", na szczęście zdarzają się normalni rodzice. Czesne nie jest niskie, ale za szkoła ma charakter podobny bardziej do edukacji domowej lub do szkoły Montessori. Mam nadzieję, że nie zgasi w A naturalnej chęci do zdobywania wiedzy, eksperymentów i poznawania świata.
I mimo wszystkich wątpliwości wiem, że na chwilę obecną to dobra decyzja. Dla nas wszystkich.

wtorek, 28 czerwca 2016

Coś się kończy, coś się zaczyna

Coś się kończy, coś się zaczyna.....
Zakończenie roku przedszkolnego i przedszkola A już za nami. Zamknęliśmy etap nauki przedszkolnej. Nie było nas na przedstawieniu, czego żałuję, ale cóż, życie weryfikuje nasze plany bardzo skutecznie. Wczoraj odebraliśmy dyplom na zakończenie przedszkola, a dziś książeczkę informacyjną na temat organizacji roku w zerówce. Niestety nie mogliśmy osobiście  uczestniczyć w spotkaniu integracyjnym (Starszak) ani w zebraniu informacyjnym (ja). Ale coś już na temat szkolnej zerówki wiemy. Wiemy, że od września czeka nas nowa przygoda. Przed A otwiera się nowy świat szkoły, nauki, odkrywania świata.

Za nami również pierwszy przedszkolny rok Młodszego. Przedstawienie też nas ominęło, ale dziś odebraliśmy dyplom przedszkolaka. Przed T kolejne stopnie "wtajemniczenia przedszkolnego", coraz intensywniejsze, głębsze poznawanie świata i przygotowanie do nauki w szkole.

Czas na zmiany nadszedł też dla mnie. 
  • Po pierwsze pora uporządkować nasz dom, odgruzować z niepotrzebnych "przydasiów", pozbyć się nieużywanych ubrań, ubranek, butów, bucików, zabawek, książeczek. Trzeba uporządkować papiery, przejrzeć zdjęcia, rysunki i prace chłopców. Dobrze zrobi to i nam, i domowi.
  • Po drugie pora uporządkować trochę mój plan dnia, znaleźć czas na regularne ćwiczenia barku, może na jakieś konwersacje z angielskiego, dokończyć pozaczynane sprawy, zwłaszcza te zawodowe.
  • Po trzecie czas zająć się moimi Rodzicami i Teściami. A właściwie ich zdrowiem. Maja już swoje lata, zdrowie, trochę już nadszarpnięte. czasem płata im figle.
  • Po czwarte postanowiliśmy z mężem wykroić regularnie parę chwil dla siebie. Codziennie a nie tylko od święta, np. z okazji okrągłej rocznicy ślubu. Nasz wyjazd tylko we dwoje był cudowny. Bardzo tego potrzebowaliśmy.
Planów dużo, ale też mamy przed sobą najwspanialszą porę roku - lato. Mnóstwo słońca, które daje siłę, energię i zachęca do aktywności i zmian.






piątek, 24 czerwca 2016

Plany, plany, plany.................. i co z nich zostało.................

Na ten tydzień mieliśmy bardzo dużo planów. Żeby na spokojnie wszystko przygotować, kupić i być nawet wzięłam sobie urlop.
I jedno muszę przyznać, takiego urlopu nie miałam jeszcze!!!!!!!!!!!

Ale po kolei.
W sobotę A dostał kataru i zaczął dzień od krwotoku z nosa. Cóż zdarza się. Na szczęście tata - specjalista od awarii nosa - szybko opanował sytuację. Katar też nie był niczym strasznym. Starszak cierpliwie wydmuchiwał nos. Wydawało się, że wszystko skończy się do poniedziałku, góra wtorku. Jednak na wszelki wypadek zrezygnowaliśmy z wypadu na konie. Poniekąd też z powodu silnego pylenia traw - A jest na nie uczulony.
Zresztą najważniejszą sprawą w sobotę był wymarzony, wytęskniony tor Hot Wheels, z wyrzutnią i pętlami. Zaraz po śniadaniu został otwarty, zbudowany i używany ze wszystkich sił.
Chłopaki i tata pomogli też wysprzątać dom, ja zajęłam się przygotowywaniem jedzenia, tata odebrał wymarzony tort.
Potem przyszli goście: ciocie, wujkowie, kuzyni. Szóstka dzieci biegających i rozrabiających, jeden trochę wolniejszy półtoraroczniak i jedna leżąca słodka, sześciomiesięczna dziewczynka. Pisk, tupot, zamieszanie i bałagan. Do tego grupa wujków i cioć skłonnych do zabawy i psikusów.
Zabawy było co niemiara, przyjęcie się udało, prezenty trafione. Nawet T, choć to nie jego urodziny, dostał zaległe prezenty od chrzestnej. Starszak całą sobotę czuł się całkiem dobrze.

W niedzielę przyjechali Dziadkowie z Grabówki, Dziadkowie z Warszawy i chrzestna A, ulubiona ciocia. Było trochę spokojniej, ale tylko trochę. Chłopcom dopisywał apetyt, bawili się zabawkami, spokojnie obejrzeli bajkę na dobranoc, wykąpali się i poszli spać.

I na tym skończył się zaplanowany tydzień atrakcji, zaczęły się atrakcje nieplanowane.

W nocy z niedzieli na poniedziałek A zaczął wymiotować. Rano był nie do życia, pojawiła się też pierwsza, niewielka gorączka, która szybko znikła. 
Nastąpiła więc szybka zmiana planów na poniedziałek. Odwołałam udział A w urodzinach koleżanki z grupy. Starszak został w domu, a Młodszego taktycznie odwiozłam do przedszkola mając nadzieję, że się nie zarazi. Nadzieja okazała się płonna, ale o tym za chwilę.
Szybko ogarnęłam planowaną wizytę Młodszego u pediatry (zdobyłam kolejne zaświadczenie do PPP), zawiozłam wszystkie papiery do Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej i wróciliśmy doprowadzać Starszaka do stanu normy. Wszak na wtorek były zaplanowane jego i kolegi urodziny w Multikinie. Do kłopotów z brzuchem i kataru doszło ropiejące oko - katar znalazł nowe ujście. Dobrze, że miałam krople i jakoś opanowaliśmy sytuację. Mieliśmy jeszcze w planach rehabilitację T, ale w międzyczasie Starszak zwymiotował znowu, więc odpuściłam. Poniedziałek spędziłam na praniu, myciu podłogi i praniu fotela i kanapy. Noc spędziłam na czuwaniu.

We wtorek rano A był tylko osłabiony i nie chciał jeść. Postanowiliśmy więc, że pojedziemy na przedszkolne urodziny, a potem jeśli A będzie się czuł na siłach, pójdzie na próbę przedstawienia na koniec przedszkola. Wydawało się, że tylko brak apetytu i osłabienie mu dolega.
Po powrocie z przedszkola odkryliśmy, że ktoś nam ukradł rower z klatki schodowej, zamkniętej, otwieranej tylko na kod lub kartę. Najlepsze jest to, że rower stał zastawiony przez inne, widać mniej atrakcyjne. Byłam wściekła i .............. tyle. Nawet nie chciało mi się iść na policję, bo i tak nic a nic z tego nie wyniknie. Sprawcy się nie znajdą, a ja stracę tylko masę czasu na komisariacie. Mam tylko szczerą nadzieję, że ktoś spadnie z tego roweru i tak się potłucze, że mu się odechce kraść. 
A zechciał pojechać na próbę, a ja zajęłam się przygotowaniami do urodzin w Multikinie (miałam przygotować owoce) i ogarnianiem transportu dzieciaków z przedszkola do kina. Nie obyło się bez kłopotów z busikiem. 
Ostatecznie dotarliśmy wszyscy na miejsce. Urodziny zaczęliśmy od tortu i prezentów. W trakcie jedzenia A zaczął się skarżyć, że mu zimno - gorączka znów zaatakowała. Upierał się, żeby obejrzeć choć trochę filmu, więc - ponieważ to były jego urodziny - umówiliśmy się, że gdy będzie miał dość, to powie i tata, który w międzyczasie odbierał z przedszkola Młodszego, zabierze go do domu. Wytrzymał do dwóch trzecich filmu i pojechał. W domu dostał leki na gorączkę i natychmiast zasnął. Ja zostałam pomóc mamie kolegi ogarnąć ferajnę, "rozdać" dzieci rodzicom i opłacić urodziny. Zadzwoniłam też do przedszkola powiedzieć, że na 99% A nie będzie na końcowym przedstawieniu. Po powrocie do domu Młodszy wydał mi się ciepławy. Zmierzyłam mu temperaturę i podałam leki na gorączkę. Spodziewałam się powtórki z rozrywki.

I nie zawiodłam się. W nocy z wtorku na środę T wymiotował. Znów noc spędzona na czuwaniu, sprzątaniu i podawaniu miski. Rano T był mocno osłabiony, a ja po trzeciej nocy atrakcji nieprzytomna. Do tego A się rozkaszlał. Ponieważ nie wyobrażałam sobie podróży z wymiotującym T do przychodni, zamówiłam wizytę domową. W międzyczasie ogarnęłam kolejne pranie, umyłam podłogę kolejny raz i wyniosłam śmieci. Nie pachniały najlepiej po serii sprzątania podłogi.
A czuł się na tyle dobrze, że postanowił obejrzeć prezenty urodzinowe, a T przy kolejnym nawrocie gorączki podsypiał na materacu w dużym pokoju. Wizyta domowa przyniosła dobre wieści. Obaj panowie osłuchowo czyści, trzeba tylko obejrzeć ucho T.
Po południu Starszak na pytanie czy chce iść na swoje przedstawienie oświadczył kategorycznie, że nie ma siły. I nic dziwnego, nadal miał gorączkę i dopiero zaczynał jeść cokolwiek więcej niż ćwierć kajzerki. Odpuściliśmy więc zakończenie przedszkola. Kiedy mój mąż wrócił z pracy, byłam już w lekkim ogłuszeniu z niewyspania. Mimo to udało się nam zrobić zakupy, ogarnąć panów kąpielowo i położyć spać.

Noc ze środy na czwartek minęła spokojnie. Wyspałam się i odzyskałam siłę i jasność umysłu. Starszak zdecydowanie w dobrej formie, Młodszy jeszcze ze stanem podgorączkowym, który jednak wcale go nie spowalniał. Do południa ogarniałam dom i chłopaków, popołudniu miała ich popilnować moja Mama. Ja miałam kupić i dostarczyć do przedszkola upominki dla Cioć z grupy Morelek (to przedszkolna grupa Młodszego). Sami się nie wybieraliśmy na zakończenie roku, bo Młodszy zdecydowanie nie był jeszcze w formie do występów. Przy okazji też chciałam oddać nasze koce do pralni, bo mocno ucierpiały w "nocnych przygodach", a są zbyt ciężkie na moją pralkę.
Niestety mój śmiały plan znów się mocno zmodyfikował. Mama miała przyjechać około 13.30. I przyjechała...... skarżąc się na silny ból za mostkiem i problemy z oddychaniem. Więc zamiast wyjść i załatwiać swoje sprawy, wzywałam karetkę do mamy i ściągałam Męża do domu, do chłopców. Na szczęście badania nie wykazały zawału ani innych problemów z sercem. Mama dostała zastrzyk przeciwbólowy i zalecenie pojechania na SOR. Nie chciała pojechać z karetką, bo wylądowałaby na Wołoskiej, kawał drogi od domu. Wysłałam ją taksówką do szpitala na Szaserów (to o wiele bliżej do domu moich Rodziców) i poprosiłam mojego Tatę, żeby do niej dojechał. Gdy mój Mąż dotarł do domu miałam całe półtorej godziny na kupienie upominków, torebek, kwiatów i kartek. Uratował mnie chyba tylko dobry plan i................ szczęście. Prezenty kupiłam szybko, torebki też. Ale z kwiatami było gorzej. Na szczęście po drodze do przedszkola wypatrzyłam dużą kwiaciarnię, gdzie pani doradziła mi nieduży, ale wesoły bukiecik pomarańczowych gerber dla każdej z Cioć. Kartki kupiłam rzutem na taśmę w papierniku obok kwiaciarni. Potem biegiem do przedszkola. Kartki wypisywałam w samochodzie. Oddałam wszystko jednej z mam przedszkolaków i zupełnie wypompowana wróciłam do domu. Koce do dziś czekają na pranie, bo zupełnie o nich zapomniałam.

A w domu, w domu trzeba było jeszcze podjąć kilka ważnych decyzji w sprawie nadchodzącego weekendu. W weekend bowiem, a właściwie to dziś wieczorem mieliśmy wyjechać z mężem na Mazury, świętować naszą 10 rocznicę ślubu. Chłopcy dziś i jutro mieli zostać pod opieką mojej Mamy, a w niedzielę po opieką Cioci Ani (opiekunki T z czasów przed przedszkolem). Niestety po wczorajszym incydencie nie chciałam zostawiać Mamy z chłopcami. Co prawda badania na SOR-ze, zresztą niezbyt szczegółowe, nie wykazały nic bardzo poważnego. Serce jest OK, do kontroli poziom glukozy i, moim zdaniem, poziom magnezu, którego nie wiedzieć czemu nie zbadano, a który odpowiada, za prawidłową pracę mięśni i serca też. W ogóle, według mnie, potraktowano sprawę Mamy dość powierzchownie, na zasadzie nie ma zagrożenia życia, to podajemy pierwszy pomysł, który nam wpadnie do głowy i już.  Powiedziano Mamie, że nie może oddychać, bo ją boli, ale skąd się wziął tak silny ból, tego już nie szukano. Mam swoje własne podejrzenia i będę musiała zająć się tą sprawą.
Ale na chwilę obecną Mama nie mogła zostać z chłopcami sama tak długo. Mój Tata też nie mógł jej pomóc, bo musi zająć się moją Babcią (mamą Mamy), która dopiero co wyszła ze szpitala. Przez chwilę pojawił się pomysł odwiezienia chłopców do Dziadków grabowskich, ale po pierwsze to okropnie nie po drodze, po drugie moja Teściowa też nie jest w najlepszej formie. Ostatecznie przesunęliśmy nasz wyjazd na sobotę. A z chłopcami, ku ich dzikiej radości, zostanie od sobotniego poranka Ciocia Ania.
Zrezygnowaliśmy z udziału Starszaka w integracyjnym spotkaniu zerówkowym w sobotę i z urodzin koleżanki w niedzielę. Niech trochę odpocznie i się wykuruje do poniedziałku.
Ja dziś próbuję wykorzystać resztkę urlopu na wypoczynek (ha, ha, ha - muszę odkurzyć mieszkanie, wstawić 3 prania i zaopatrzyć lodówkę na jutro) i pakowanie na wyjazd.
Tak "rozrywkowego" urlopu jeszcze nie miałam. Mam tylko nadzieję, że to już koniec przygód. I że ostatnie trzy dni spędzę w miarę spokojnie.


piątek, 17 czerwca 2016

Urodziny!!!!!

W całym domu pachnie świeżo upieczony biszkopt. To taki, smakowity, domowy zapach. Kojarzy mi się z urodzinami....

Długo mnie nie było blogu. T kurował się z zapalenia płuc, a ja z ostrego zapalenia zatok. O tym jak źle się czułam niech świadczy fakt, że zdecydowałam się łykać antybiotyk. Niestety bez zwolnienia, bo w pracy była awaria personelu. Rzadko łykam antybiotyk. Robię to wtedy, gdy innego wyjścia brak. Mój żołądek bardzo tego nie lubi i daje mi to odczuć. Przez cały poprzedni tydzień jedyną tolerowaną potrawą były wafle ryżowe. A i to w niewielkiej ilości. Na szczęście bite dwa tygodnie smarkania i bólu głowy już za mną.

A przede mną...... tydzień wypełniony wydarzeniami po brzegi.
Jutro obchodzimy domowe, szóste urodziny Starszaka. Ponieważ bliską rodzinę mam sporą i obfitującą i w dzieci, i w dziadków, zdecydowałam podzielić imprezę na dwa dni.
W sobotę przyjdą kuzyni, ciocie i wujkowie trochę młodsi, a w niedzielę będzie obiad i tort dla starszych gości. W innej konfiguracji nie ma szans na wygodne pomieszczenie ponad 20 osób w naszym mieszkaniu.

Po imprezowym weekendzie czeka nas .... imprezowy tydzień.
1. W poniedziałek urodziny koleżanki z grupy Starszaka
2. We wtorek urodziny przedszkolne Starszaka
3. W środę zakończenie roku i przedszkola u A
4. W czwartek zakończenie roku przedszkolnego u T
5. W piątek uciekamy na rocznicowy wyjazd na Mazury, sami... :))
6. W sobotę zebranie i piknik szkolny, więc A będzie bardzo zajęty
7. W niedzielę urodziny koleżanki z grupy A

Dobrze, że przez cały tydzień mam wolne. Inaczej nie wyrobiłabym się z przygotowaniami do urodzin A, kupowaniem upominków dla cioć od maluszków, tworzeniem słoniowych uszu na przedszkolne przedstawienie, przygotowaniem prezentów dla koleżanek i kolegów Starszaka, załatwianiem miliarda innych spraw.
Obiecuję nadrobić Wasze blogi, a także sukcesywnie opisywać wydarzenia nadchodzącego tygodnia :))