sobota, 21 października 2017

Nadmórz w Chorwacji

Chorwacja jest...... piękna, słoneczna, ciepła, z niezwykłą przyrodą i ciekawymi zabytkami. Bardzo chciałam w końcu tam pojechać, zobaczyć, poczuć, posmakować. Było tylko jedno ale. Zorganizowany wyjazd, taki przez biuro podróży nie wchodził w grę. Po prostu nie było ofert, które pasowałyby do naszych potrzeb. Nam samym za to brakowało odwagi, żeby zorganizować taki wyjazd samodzielnie. Wyjazd do Chorwacji przesuwał się w coraz odleglejszą przyszłość...

Aż do poprzedniego roku. Urlop nad Bałtykiem, gdzie mieliśmy szczęście z pogodą, ale woda była zimna jak lód, przypomniał nam o Chorwacji. I.................. mój osobisty małżonek, który do tej pory stanowczo twierdził, że za granicę to on jedzie tylko na zorganizowaną wycieczkę, rzucił od niechcenia: "A może w następne wakacje pojedziemy nad ciepłe morze np. do Chorwacji? Poszukam  czegoś w Internecie ......."
I tak rozpoczęliśmy przygotowania: poszukiwanie kwatery, zaklepanie urlopu w pracy, przemyślenie co i jak zapakować, załatwienie ubezpieczenia, wyposażenie samochodu w niezbędne według przepisów akcesoria, opracowanie trasy, zaplanowanie posiłków, wreszcie pomysły wycieczek dodatkowych. A potem w drogę.
Trochę ta droga dała się nam we znaki. Jechaliśmy samochodem, dwa dni. Około 12 godzin w samochodzie każdego dnia, z przerwami na tankowanie samochodu, toaletę, obiad, rozprostowanie kości. Przygody z nawigacją, długaśna kolejka na granicy słoweńsko-chorwackiej, korki w Wiedniu, niezawodne pytanie: "Kiedy wreszcie dojedziemy?!" z tylnej kanapy. Ale dojechaliśmy w końcu.
Na swoją kwaterę wybraliśmy małą miejscowość, położoną mniej więcej w połowie półwyspu Peliesać, około 80 km od Dubrownika. Miejsce bez dużych hoteli i mnóstwa ludzi. Nasz apartament znajdował się trochę poza centrum, za to miał przepiękny widok z tarasu na morze i maleńki port. W  miejscowości generalnie było wszystko czego potrzebowaliśmy: sklepy spożywcze, piekarnia, stragany z warzywami i owocami, poczta, nawet informacja turystyczna. Tylko stacji benzynowej nie brakowało do szczęścia.
Plaże bardzo kamieniste, ale ślicznie położone i niezatłoczone. W ogóle plaż czy też miejsc do plażowania było mnóstwo, często bardzo maleńkich, takich na dwa, trzy ręczniki.
Woda w morzu przejrzysta jak szkło i ciepła, zachęcająca do ciągłej kąpieli, z przerwami tylko na jedzenie, picie czy dosmarowanie kremem.
Nasze dni wyglądał zazwyczaj tak: po śniadaniu na tarasie wyruszaliśmy na plażę, spędzaliśmy tam czas do 13.00-14.00, potem wracaliśmy do domu na obiad (jakiś makaron z sosem, paróweczki, naleśniki itp.), a potem znowu na plażę lub na poszukiwanie muszli.
Andrzejek już drugiego dnia uznał, że to najlepsze wakacje. I ja też tak uważam. Idealne miejsce na leniwe wakacje, z małą dawką zwiedzania.

Zresztą sami zobaczcie.



sobota, 9 września 2017

Aaaaaaa psik

Obiecałam postu o Chorwacji i Wrocławiu.
I słowa dotrzymam.
Na razie jednak mam na stanie trzech chorych chłopaków.
Andrzej kończy przeziębienie, Tadzio zaczyna, a mąż ma anginę.

Pozdrawiam Was serdecznie zza stosu chusteczek do nosa. 😉

wtorek, 29 sierpnia 2017

Powrót do......

Dziś króciutko. Obiecuję porządny i dłuuuugi post o chorwackiej wyprawie, ale do tego potrzebuję sprawnego laptopa (padła nam ładowarka) i czasu.
Chwilowo:
1.ogarniam stertę prania (nie do wiary ile można wybrudzić rzeczy przez dwa tygodnie),
2. odgruzowuję dom (skąd się bierze ten kurz, kiedy nas nie ma?!!),
3. dokupuję rzeczy do szkoły i przedszkola (aaaaa znów nowe buty dla A i T),
4. ogarniam zdrowotne kwestie Tadzika ( znów coś się wykluło, ale więcej o tym w czwartek po badaniach),
5. próbuję skorzystać z ostatniego tygodnia urlopu - w piątek wyjeżdżamy na szalony wypad do Wrocławia.
Tempo jak zwykle zawrotną.
Buziaki dla Was :))

piątek, 11 sierpnia 2017

Wakacje!!!!

Już jutro!!!!!!!!!
Bladym świtem lub może nawet przed świtem wyjeżdżamy do Chorwacji.
Przed nami Wielka Przygoda.
A po powrocie do domu zmiany, zmiany, zmiany.

Pozdrawiam Was z nad listy rzeczy i sterty do pakowania.

niedziela, 30 lipca 2017

Mała przerwa w codzienności

Od poprzedniej soboty chłopcy są na wakcjach u Dziadków Grabowskich. Przyjechaliśmy w piątek wieczorem, stęsknieni za chłopakami i odpoczywamy. Od pracy i od miasta. Dobrze jest czasem zmienić miejsce. Nawet na dwa dni.

niedziela, 9 lipca 2017

Leniwie (chłopcy), pracowicie (ja) spędzony czas

Wakacje to okres urlopów i remontów. W pracy od dwóch miesięcy mamy remont elewacji budynku. Skutek - hałas i nieziemskie, niezmierzone, nieusuwalne pokłady kurzu, który wciska się przez szpary w drzwiach i oknach. Przy zdejmowaniu towaru z wyższych półek trzeba go dyskretnie przetrzeć, bo porządek po przetarciu półek trwa około jednego dnia. Do tego nasza pomoc apteczna jest nieobecna z powodów zdrowotnych. Czekamy na jej powrót z niecierpliwością. Inne jej obowiązki jakoś ogarniamy, ale codzienne sprzątanie już się nam w grafiku pracy zwyczajnie nie mieści. Pocieszam się, że remont ma się skończyć do końca sierpnia, a pomoc kiedyś w końcu wróci.

Ze spraw zawodowych, to niestety muszę się trochę przyłożyć do szkoleń i do nauki angielskiego, bo leżą i kwiczą. Może perspektywa spokojnych, letnich wieczorów trochę mnie zmotywuje?

Chłopcy zaczęli wakacje ostatnim rodzinnym świętowaniem siódmych urodzin Andrzejka.
Odpoczywali przez tydzień od swoich placówek pod opieką moją i Babci Warszawskiej. I wyszło nam to wszystkim na dobre. Wyspaliśmy się, zwolniliśmy tempo, chłopcy, a zwłaszcza A wyspokojnieli. Dali się nawet namówić na nocowanie u Dziadków Warszawskich. A teraz, od tygodnia mają swoje zajęcia szkolne i przedszkolne. 

U Tadzia w tym roku przedszkole realizuje projekt "Od podłogi aż po dach". Dzieciaki z różnych materiałów budują, kleją, lepią, malują różne budynki i ich wyposażenie. Efekty pracy podziwiamy na stronie przedszkola i na wystawie. Tadzik zachwycony, w swoim żywiole, a Andrzej trochę zazdrosny. Wymyślił, że majsterkowanie będzie też na wakacjach u Dziadków Grabowskich. W końcu dziadek Tadeusz i wujek Wojtek się na tym dobrze znają.

Andrzej jutro zacznie drugi tydzień półkolonii z piłką nożną. Bardzo mu się podoba możliwość gry w piłkę z kolegami i szaleństwo boiskowe. Z kąpielą pod zraszaczem do trawy włącznie. Pan Wojtek i pan Michał mają fantazję :)) 
Niestety w ubiegłym tygodniu Andrzejka dopadła gorączka, ale trwała tylko trzy dni i poszła sobie. Mam synka - zagadkę. Trzydniowa gorączka, pojawiająca się tylko wieczorem, schodząca po jednej dawce leku przeciwgorączkowego. Objawów innych brak, badania moczu OK, lekarz się niczego nie dopatrzył. Mnie na myśl przychodzą trzy możliwości:
1. nasilona alergia na pyłki traw.
2. podziębienie po weekendowej kąpieli w bieżącej i zimnej wodzie.
3. rosnące szóstki - pomyślałam o nich dziś dopiero dziś.
Cokolwiek było, po trzech dniach poszło precz w zasadzie bez leków. Syn odpoczywał w domu i tyle.

Oprócz czasu spędzanego w szkole i przedszkolu po powrocie do domu oraz popołudniu w weekend chłopcy spędzają czas na patio. Nasz blok to czworobok z zamkniętym podwórkiem w środku. Jest tam mały plac zabaw, trawniki, mostek, trochę krzaków do chowania. W poprzednich latach nie korzystaliśmy z niego za bardzo, bo Andrzej sam nie chciał iść, a Tadzio był za mały na samodzielną eskapadę. Teraz bardzo się to zmieniło. Chłopcy idą sami, świetnie sobie radzą, zawierają nowe znajomości, a my mamy czas na: drzemkę popołudniową, umycie okien czy poodkurzanie w spokoju.
Bardzo to wygodne. Podwórko jest dostępne tylko z bloku, a z naszej kuchni dokładnie wszystko widać. A chłopcy mają okazję poćwiczyć samodzielność.

Przed nami kolejny tydzień pracy, zajęć szkolno-przedszkolnych i domowych. Ale są wakacje! Czujemy je w zwolnionym tempie naszego życia, w pogodzie i w zwiększonej ilości czasu spędzanego na dworze.
Za nami dwa fajne weekendy. Ale o tym następnym razem.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Kazimierz

W pewną majową sobotę wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę do Kazimierza Dolnego. Chłopcy jeszcze nigdy tam nie byli, my byliśmy w zamierzchłych czasach, czyli jakieś dziesięć lat temu ;)). Ponieważ samo miasteczko jest bardzo ładne, ma też zamek, wiedzieliśmy, że chłopakom na pewno się spodoba.

Na miejsce dotarliśmy około 10.30 i dzień rozpoczęliśmy od drugiego śniadania. Pokrzepieni jajecznicą, parówkami i kanapkami wyruszyliśmy na zamek i basztę.
Zamek obejrzeliśmy naprawdę bardzo, bardzo dokładnie. Od piwnic aż po mury obronne. Weszliśmy do każdego lochu, przeszliśmy się po wszystkich schodkach. Obejrzeliśmy go od murów obronnych, skąd podziwialiśmy wspaniały widok na Wisłę, po najgłębszy loch. A przy okazji dyskutowaliśmy o budowie zamku, tajnych wyjściach, studniach itp. Od jakiegoś czasu chłopcy zadają tyle pytań, że do wycieczki trzeba się przygotować. W podziemiach zamku była ciekawa, lokalna historia związku króla Kazimierza Wielkiego i Estery, przedstawiona w formie komiksu.








Potem przyszedł czas na zwiedzanie baszty. Chłopcy dzielnie pokonali wszystkie schody i otworzył się przed nami jeszcze wspanialszy widok na całą okolicę. Wisła, jej drugi brzeg, rozległy widok na cały Kazimierz. Nabraliśmy ochoty na rejs statkiem. Dowiedzieliśmy się też, jak wyglądało życie i praca strażników na baszcie.
Na Górę Trzech Krzyży już nie dotarliśmy. Po długim wchodzeniu i schodzeniu po tylu schodach, nogi chłopców zastrajkowały. Należał się im mały odpoczynek.

Udaliśmy się do przystani, na brzeg Wisły. Na rejs nie musieliśmy długo czekać. Widoki w czasie rejsu wspaniałe. Widzieliśmy zamek w Janowcu i prawdziwy, drewniany wiatrak. Jedynym minusem był bardzo silny wiatr.
A po rejsie.... Po rejsie nabraliśmy apetytu na obiad. Szukaliśmy spokojnego miejsca, więc oddaliliśmy się trochę od Rynku. Obiad jedliśmy w restauracji z kuchnią arabską. Jedzenie pyszne, choć trochę egzotyczne. A miejsce ma u mnie plus za stolik z zabawkami dla dzieci ustawiony w bardzo przyjemnym ogródku. Po obiedzie oczywiście był przepyszny deser.
A potem wreszcie wyszło słońce. Skorzystaliśmy więc i poszliśmy na długi spacer po promenadzie nad rzeką.



Po spacerze był obowiązkowy zakup koguta z ciasta. I jeszcze podwieczorek na promenadzie. Około 18.00 ruszyliśmy w stronę domu. Po kilku kilometrach tylna kanapa smacznie spała. A my, my podziwialiśmy wiosenny, płaski i zielony krajobraz. Bardzo przyjemna przejażdżka.