czwartek, 5 września 2019

Zaczęło się....

Szkoła, zerówka, zajęcia dodatkowe, zajęcia terapeutyczne, SI, moja praca, praca męża, Rodzice, Teściowie, życie towarzyskie synów, nasze życie towarzyskie.....

Wrzesień przypomina mi puzzle z tysiąca elementów. W końcu wychodzi z nich obraz, całość. Ale na początku, na początku są bezładnie rozrzucone kartoniki i dopiero rodzące się koncepcje, jak to ugryźć, dopasować do siebie nawzajem.

sobota, 31 sierpnia 2019

Majowa rewolucja i czerwcowy ekspress

Czas na zaległości i trochę wspomnień

     Właściwie w maju nic nie zapowiadało aż tak dużej rewolucji.
Owszem, zmieniono godziny otwarcia w mojej pracy, co spowodowało dość mieszane uczucia. Owszem, zgodziłam się być zastępcą kierownika, ale nie oznaczało to nic strasznie trudnego.
Owszem, odeszły od nas kolejne dwie osoby, ale na ich miejsce doszły dwie nowe dziewczyny, bardzo pozbierane i fajne.
Owszem, u moich Rodziców sprawy zaczęły się komplikować, a sytuacja zmieniać w ekspresowym tempie.
Owszem, zamierzała zmienić miejsce pracy, ale dopiero za rok, gdy obaj synowie będą w jednej szkole.
Nic nie zapowiadało tak dużych zmian, już, natychmiast. Wydawało mi się, że po kolei jakoś się wszystko poukłada.

Zaczęło się niewinnie. Ot zwolnienie na dwa dni. Potem okazało się, że kierownika nie będzie długo, bardzo długo. Przyczyna oczywiście radosna, ale......
Zostałam z apteką na głowie. W zasadzie sama, bez uprawnień do większości rzeczy, bez doświadczenia, za to w newralgicznym momencie miesiąca i z kilkoma osobami na urlopie.
Wyglądało to tak, że uczyłam się na bieżąco, dopytywałam się, szukałam informacji. Jednocześnie koordynowałam pracę, stałam za stołem, ogarniałam zaplecze.  Szło mi całkiem nieźle, ale ......
Standardem stały się kłopoty żołądkowe i ból głowy. I zmęczenie, eliminujące mnie z życia domowego.  I jeszcze coś.... Zapominałam o ważnych sprawach, domowych, myliłam terminy i wizyty  swoje i chłopców, urodziny Starszaka organizowałam w biegu.

W końcu powiedziałam dość. I.... złożyłam wypowiedzenie. Przede mną były cztery tygodnie pracy i tydzień wolnego. A potem... Szczerze, nawet nie bardzo się martwiłam, tym co będzie potem.

Ostatni tydzień maja to zielona szkoła Starszaka. Spakował się samodzielnie, jak zawsze w niedzielę. W niedzielę też świętowaliśmy Dzień Matki, nie jakoś hucznie, bo na to nie miałam ani siły, ani czasu.
Starszak wyjechał, Młodszy w przedszkolu, my ogarnialiśmy rzeczywistość.
W niemal ostatniej chwili udało mi się zarezerwować salę zabaw na urodziny Starszaka. I kupić prezent na urodziny koleżanki Starszaka.

Nadszedł czerwiec. W szkole niemal luz. Za to w przedszkolu intensywne przygotowania do zakończenia roku i przedszkola. Trzeba było załatwić strój wilka. Jakoś udało mi się nie zapomnieć.
W dniu zakończenia przedszkola wzięłam dzień wolny. I na spokojnie oglądałam dzieciaki. Zrelaksowana, choć przez jeden dzień...

Po podjęciu decyzji o odejściu z pracy właściwie mogłam wziąć zwolnienie na resztę czasu i odpoczywać. To jednak oznaczałoby zostawienie koleżanki, z kompletnym chaosem na głowie. Nie umiem tak. Może to głupie, ale moje poczucie przyzwoitości i obowiązku mi na to nie pozwoliło. Zdobywałam dyżurantów, pilnowałam terminów, przychodziłam do pracy w dziwacznych terminach. Woziłam klucze do pracy rowerem, w środku nocy. I do końca byłam.

A obok tego byłam na zebraniach, prowadziłam długie rozmowy z Mamą, bo z Tatą było słabo. Przed nami były wakacje. Kolejna sprawa do zaplanowania. W końcu nasze dzieci nie są jeszcze samodzielne na tyle, żeby samotnie siedzieć w domu. To oznaczało zakupy, rozpiskę na lipiec i sierpień.
Poza tym normalne życie, ogarnianie domu. I niekończąca się logistyka.

W końcu nadszedł koniec roku szkolnego. Bez mrugnięcia okiem wzięłam wolny dzień. Byłam na zakończeniu roku, razem spędziliśmy fantastyczny dzień. Była pizza na obiad i lody na deser.
Potem dzień przerwy i ostatni dzień w pracy.
To, że udało mi się załatwić wszystko, zakrawało na cud.

Przede mną były dwa wolne tygodnie. I nowe miejsce pracy. Które w porównaniu z poprzednim okazało się być wakacjami.
Owszem pracy jest sporo.
Owszem znów jeden kierownik odszedł, a drugi będzie dopiero pod koniec września.
Owszem też bardzo polegamy na dyżyrantach.
Ale i tak to wakacje w porównaniu z poprzednim miejscem.




poniedziałek, 5 sierpnia 2019

W domu...

Wczoraj około 15.00 w końcu dojechaliśmy do domu :)))
Bardzo już się nam w samochodzie nudziło.

A dziś chłopaki z Mężem w trybie pilnym wyjechali do Dziadków  Grabowskich.
Niestety u moich Rodziców sprawy się skomplikowały i postanowiliśmy wyjazd przyśpieszyć o tydzień.

A ja próbuję się odnaleźć w warszawskiej rzeczywistości, choć jedną nogą wciąż jestem w cieplutkim Adriatyku :))

wtorek, 30 lipca 2019

Krótka przerwa w plażowaniu

W weekend pogoda sprawiła nam niespodziankę i....... padało niemal całą sobotę i pół niedzieli.

Bardzo nam to nie przeszkadzało.
Chłopcy krążyli pomiędzy dworem, gdzie obserwowali mrówki a swoim pokojem. Na obiad były naleśniki, których przy pięknej pogodzie nie chciałoby mi się smażyć.

W niedzielę po południu wypogodziło się w końcu. Poszliśmy więc na plażę, a tam...... Morze pokazało nam zupełnie nowe oblicze. Były fale, niezbyt duże, ale  wystarczyły dla dzieci. Załamywały się z impetem, zalewając pół plaży, ku ogromnej uciesze dzieciaków. Cała gromada piszcząc i krzycząc wpadała w fale, skakała, turlała się.
Dzieciaki się wybawiły, ja też miałam zabawę.
Niestetyt miałam też przygodę. Fala zniosła mnie na skałę podwodną i jej mieszkaniec poparzył moje kolano. Dziś już nie jest źle, ale wczoraj kolano całe było w bąblach i piekło niemiłosiernie.
Podejrzewam, że miałam spotkanie z jeżowcem. Dobrze, że to byłam ja, a nie któreś z dzieci.

Dziś znowu pogoda typowo chorwacka. Słońce, bezchmurne niebo, spokojne, krystaliczne morze. Znów plażujemy, pływamy z maską, bawimy się w podwodne akrobacje.

piątek, 26 lipca 2019

Ston - najdłuższy w Europie kamienny mur obronny

Po trzech dniach wylegiwania na plaży, kąpania, podglądania ryb, krabów i innych morskich stworzeń padło hasło - jedziemy na wycieczkę. Kierunek Ston, około 25 km od Żuljany.

W planach przejście po murze obronnym, obejrzenie twierdzy, obiad, spacer po miasteczku i rzut oka na solniska.

Pogoda była bardzo łaskawa, wiatr i niewielki upał, i sprzyjała naszym wyczynom.

Na pierwszy ogień poszedł mur obronny. Pierwotnie liczył 5,5 km i jest najdłuższym murem w Europie. Na świecie dłuższy jest tylko Wielki Mur w Chinach. W XIV wieku bronił półwyspu Peljesač przed najazdem wojsk osmańskich i bronił skutecznie. Przespacerowaliśmy się po murze. Schody w górę, potem w dół i znowu w górę. Każdą basztę trzeba było obejrzeć. Na każde dodatkowe schody się wspiąć. Z każdej armaty wycelować we wroga.
Z wysokości murów obronnych obejrzeliśmy solniska - miejsca gdzie się pozyskuje sól z morza. Widok wspaniały. A najciekawsze, że metody pozyskiwania soli są niezmienne od czasów rzymskich.

W końcu, bardzo zmęczeni, wyruszyliśmy na poszukiwanie...... obiadu i dużego łyku chłodnej wody. Obiad okazał się przepyszny. Chłopaki i Mąż zamówili pizzę. Ja skorzystałam z okazji, że jestem nad morzem i zamówiłam sobie zupę rybną i przepyszne risotto z owocami morza. A po obiedzie oczywiście był obowiązkowy deser.

Pokrzepieni ruszyliśmy obejrzeć twierdzę, niegdyś broniącą miasteczka od strony morza. Ogromne, grube mury, baszty, armaty, wszystko solidne. Kiedyś musiała robić wrażenie.

Twierdza była naszym ostatnim punktem w Ston. Wyruszyliśmy w drogę powrotną do Żuljany. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, skąd  z wysokości podziwialiśmy zatokę, w której się codziennie kąpiemy.

A po południu tradycyjnie kąpiel. Tym razem morze było gładkie jak jezioro, a woda wyjątkowo cieplutko.




Wyprawa druga

          Starszak na obozie, pierwszy raz w życiu, i z pewnością świetnie się tam bawił. My zaś postanowiliśmy wykorzystać drugi wolny weekend  lipca na kolejną wyprawę. Tym razem w trójkę.

               Pomysł wyjazdu wykluł się w środę, kierunek ustalił w czwartek, a piątek zdołałam znaleźć nocleg. Wszystko w ekspresowym tempie, czyli pełen spontan. I tak w weekend pierwszy raz w trójkę wyruszyliśmy ....  w Góry Świętokrzyskie. Postanowiliśmy połączyć zwiedzanie z prawdziwą, górską wycieczką.

               W sobotę na pierwszy ogień poszło Centrum Kulturowo - Archeologiczne w Nowej Słupi. Bardzo ciekawe miejsce. Chaty i inne obiekty można dotykać, wchodzić do środka, i..... podziwiać, bo niektóre rozwiązania są bardzo sprytne, np. taki przedłużony dach nad drzwiami, stanowiący ochronę przed deszczem i śniegiem, wykorzystanie gliny do izolacji termicznej dachu. A przecież to są domy z czasów Cesarstwa Rzymskiego, bodajże z kultury przeworskiej.
Poza oglądaniem, dotykaniem i wymyślaniem, co do czego może służyć, dowiedzieliśmy się jak wyplatać koszyki z wikliny. Bardzo miły pan zademonstrował nam od czego trzeba zacząć, jak przygotować dno koszyka i jak zrobić ścianki. Ciekawe zajęcie, ale wymaga duuuużo pracy i cierpliwości.
                  Po zwiedzaniu szybki obiad i deser pod gołym niebem, z przepięknym widokiem na Góry Świętokrzyskie. A potem weszliśmy w całkiem dobrym tempie na Łysą Górę. Tak na się dobrze szło, że narodził się pomysł kolejnej wycieczki górskiej. Młodszy stanowczo przy tym obstawał. Obejrzeliśmy klasztor, dziedziniec, wypiliśmy po grzańcu w wersji dziecięcej. A potem jeszcze poszliśmy obejrzeć trochę gołoborze, a trochę przepiękną panoramę z Łysej Góry. Poczytaliśmy też o tym, co to są gołoborza i dlaczego te w Górach Świętokrzyskich są tak niezwykłe. Dowiedzieliśmy się też nieco o historii Łysej Góry. A potem bardzo sprawnie zeszliśmy na dół i udaliśmy się do Świętej Katarzyny na nocleg. 
                   
                  Kolejny dzień rozpoczęliśmy smakowitym śniadaniem. Początkowo przyświecało nam słońce, ale później niebo zaciągnęło się szarymi chmurami i zaczął kropić deszcz. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się na wycieczkę. I dobrze zrobiliśmy, bo deszcz przestał padać, niebo się rozchmurzyło, a my obejrzeliśmy Szydłów, śliczne miasteczko otoczone murami obronnymi. Wyglądało jak z bajki. Grube mury, bramy z kratownicami, dookoła fosa, a wewnątrz domy, samochody, sklepy, kościół.

                Ta wyprawa bardzo nam się spodobała. Nabraliśmy ochoty na kolejny wypad w góry.


czwartek, 25 lipca 2019

Chorwacja

Od początku tego tygodnia jesteśmy na zasłużonych wakacjach w Chorwacji.
Znowu w tym samym miejscu, co dwa lata temu, w Żuljanie.
Ta sama kwatera, te same plaże, te same miejsca. Przyjemnie czasem wrócić do miejsc, które już znamy i zobaczyć, co się zmieniło.

A zmieniło się dużo. Miejska plaża ma duże kąpielisko, miejskie boisko zyskało porządną nawierzchnię, powstały nowe kafejki i stoiska.

Niektóre rzeczy się nie zmieniły. Nadal jest nasza ulubiona piekarnia, dwa fajne sklepy, a przede wszystkim trzy ulubione plaże. Teraz dołączyła do nich plaża miejska. Jest najbliżej, więc świetnie się nadaje do popoludniowych wypadów.

Pozdrawiam serdecznie z Chorwacji.
Zdjęcia do wszystkich postów dodam po powrocie do domu :)