Dziś pierwszy raz poszliśmy na salę zabaw. Po nocnym deszczu plac zabaw nie nadawał się do użytku, a Bączuch nie wybiegany to Bączuch zły. I zaczęło się szaleństwo. Młody właził po platformach jak mała małpka. Świetnie sobie radził, tylko dwa razy chciał pomocy mamy. Bawił się ze mną i sam. Nawet chłopczyk, który ciągle się z nim zderzał samochodem, wcale mu nie przeszkadzał. A po wyjściu padł w samochodzie z bananem w ręku. Do domu wniosłam małego śpiocha, trochę protestującego na temat zakładania pieluchy i zapadła cisza. W czasie zabawy nastąpiła awaria hydrauliki, ale chyba już zaczynam się przyzwyczajać. W końcu wrócimy do wołania o siku.(przynajmniej taką mam nadzieję:)).
Przed szaleństwem zabawowym byliśmy na zakupach przedzimowych. Poszło nam świetnie. Bąk przymierzył kurtkę i rękawiczki, dzięki czemu wybraliśmy najwygodniejsze dla niego!!!. Do dokupienia zostały tylko buty zimowe, ale nie chciałam nadużywać cierpliwości młodego. I tak wędrował spokojnie po sklepie, niczego nie rozwalał, jeździł sobie ulubionym samochodzikiem.
Dziś pogoda wreszcie piękna, więc pewnie po popołudniowym spacerze nasza kolekcja kasztanów, żołędzi i szyszek się powiększy. Dobrze, że mamy spore pudło.
Katar małego zanika, więc w piątek pewnie pójdziemy do żłobka. Ostatnio A. najpierw oświadcza, że jest na nie, a potem bawi się jak szalony, wcina zupkę, a widok mamy przyjmuje z umiarkowanym entuzjazmem. I mnie trochę poprawił się humor. Może to sprawka słońca z oknem:))
środa, 17 października 2012
wtorek, 9 października 2012
Już sama nie wiem
Już sama nie wiem, o co chodzi? Czy Bączek wszedł w tzw. "BUNT DWULATKA"? Wszystko, co do tej pory lubił jest na "NIE". Spacer nie, żłobek nie, mama nie, niania nie, spać nie, jeść prawie nie itp. Mam wrażenie, że kręcę się w kółko. Jedyne co na razie jest na "TAK", to zabawa samochodzikami i czytanie bajek. Reszta jest na nie. Do tego wcześniej bez problemu sygnalizował potrzeby fizjologiczne, a teraz nie zawsze. Na placu zabaw jest to spory problem. W końcu jest trochę za zimno na przebieranki na dworze. Ze spaniem jest to samo. Zasypia samodzielnie tylko wtedy, gdy pada na twarz albo w wózku na spacerze. Inaczej jest wyłażenie z łóżeczka i wędrówki po domu.
Na dodatek ja mam katar i ledwo wyłażę z przeziębienia, a w ciąży pozostają tylko naturalne metody leczenia. I od kilku dni męczy mnie uporczywa zgaga po wszystkim, co jest słodkie. Cudownie!!! Nawet poprawa nastroju gorącą czekoladą nie wchodzi w grę. Jeśli faza na "NIE" potrwa długo, to ja, albo zwariuję, albo moja cierpliwość osiągnie nieznane mi wcześniej granice. I zaczynam się poważnie obawiać, jak będzie wyglądało nasze życie w czwórkę. Czy aby na pewno wystarczy mi cierpliwości dla dwóch malców?
Na dodatek ja mam katar i ledwo wyłażę z przeziębienia, a w ciąży pozostają tylko naturalne metody leczenia. I od kilku dni męczy mnie uporczywa zgaga po wszystkim, co jest słodkie. Cudownie!!! Nawet poprawa nastroju gorącą czekoladą nie wchodzi w grę. Jeśli faza na "NIE" potrwa długo, to ja, albo zwariuję, albo moja cierpliwość osiągnie nieznane mi wcześniej granice. I zaczynam się poważnie obawiać, jak będzie wyglądało nasze życie w czwórkę. Czy aby na pewno wystarczy mi cierpliwości dla dwóch malców?
piątek, 5 października 2012
Starszak
Ostatnio u Bączka pojawiły się problemy z drzemką w dzień i z zasypianiem nocnym. Po dzisiejszej aferze z niespaniem zastanowiłam się i policzyłam ile A śpi w nocy. Wyszło mi coś około 10 godz. Postanowiliśmy więc z mężem poobserwować Młodego w weekend i drzemkę codzienną zmienić w zgodną z potrzebami synka. Zobaczymy, co to da. Z nowin w żłobku Ciocia powiedziała, że A sam zaczepia inne dzieci i chce się z nimi bawić. Różnica w zachowaniu jest kolosalna. I bardzo mnie cieszy.
sobota, 29 września 2012
Powtórka
Zastanawiam się czy każda moja ciąża będzie przebiegać z "przygodami". Po urlopie wyglądało na to, że jest OK. Cieszyłam się, że dobrze się czuję i mimo chodzenia do pracy nie padam na pysk. W czwartek byliśmy na USG. Z maluchem wszystko w porządku. Dowiedzieliśmy się, że będzie drugi chłopak. Cały i zdrowy. Rozwija się świetnie. Jest tylko jeden mały problem. Mam przodujące łożysko.... I mój ginekolog zdecydował, że po poprzednich plamieniach, krwawieniach i skurczach mam prowadzić oszczędzający tryb życia. Czyli zwolnienie do końca ciąży. Do tego mąż na szkoleniu, a starszy Bączuch ma fazę: mama, mama, mama. Wczoraj moje zmęczenie zamieszaniem z badaniami, bałaganem w pracy i wyjazdem męża obniżyło próg mojej cierpliwości do minimum. Długo nie zapomnę tego wieczoru. Płaczu A i mojej chęci do natychmiastowej ewakuacji jak najdalej. Może takie wakacje mi się przydadzą do popracowania nad sobą.
niedziela, 23 września 2012
Szok
Dziś przeżyłam szok! Bączuch od kilku dni spędza kilka godzin w żłobku. Postanowiliśmy zapewnić mu kontakt z dziećmi w warunkach kontrolowanych, bo na placu zabaw na widok innych dzieci w swoim wieku uciekał co sił. I od piątku Młody ciągle mówi o dzieciach i o nowych ciociach. A dziś na placu nie tylko nie uciekał, ale po oswojeniu miejsca oświadczył, że pokręci chłopczyka na karuzeli. I kręcił. Trzymał się mnie jedną ręką i to wystarczyło za wsparcie. O mało nie padłam. Ale potwierdza to moja teorię, że musimy Bączkowi zapewnić towarzystwo dzieci, choć raz w tygodniu. \niestety ma to swoje ciemniejsze strony. Trzy dni w żłobku wystarczyły, żeby wyklarować klasyczny katar. Na szczęście inhalator już jest akceptowany. Frida też, choć Młody musi sam ją kontrolować.
środa, 19 września 2012
Znowu w pracy
Długo mnie nie było na blogu. A sierpień obfitował w wydarzenia.
Najpierw okazało się, że boreliozy jednak nie mam. Ulżyło mi. Jakoś perspektywa leczenia w szpitalu zakaźnym nie pociągała mnie tak bardzo jak perspektywa dwóch tygodni w wygodnym hotelu nad Morzem Czarnym w Bułgarii. Przed wyjazdem pierwsze USG - na szczęście wszystko wyglądało dobrze. A potem długo oczekiwany wyjazd.
Trochę się denerwowaliśmy jak nasz pierwszy daleki wyjazd się uda. Ale po kolei. Najpierw kombinacja z dojazdem na lotnisko. W końcu, po kalkulacji, wyszło na to, że taniej i wygodniej jest zostawić samochód na parkingu przy lotnisku niż szukać taksówki z fotelikiem. Bączuch oczywiście obudzony nie miał zamiaru spać. Przeszedł dzielnie przez odprawę bagażu. Wciągnął na śniadanie mleko i poprawił bułą, a tuż po starcie samolotu padł na godzinkę. A potem rozpoczęły się wspaniałe dwa tygodnie leniuchowania, plażowania, kąpieli w morzu itp.
Ulubionym zajęciem Bączucha było wsypywanie piasku do morza. To zajęcie było bardzo absorbujące. Tak bardzo, że musiałam małemu zakładać koszulkę, bo inaczej spaliłby się na skwarkę. Poza tym obowiązkowo odwiedzaliśmy wóz strażacki, co najmniej dwa razy dziennie i wysłuchiwaliśmy oryginalnej melodyjki z bajki. Potem Bączuch śpiewał sam, rozkosznie łącząc wersję polską z angielską. Do tej pory padam ze śmiechu na samo wspomnienie.
Drugim ulubionym zajęciem było czarowanie pań kelnerek w restauracji. Rozdawał uśmiechy i czarował spojrzeniami. Pod koniec urlopu było wiadomo, że jeśli zostanie choć na chwilę sam przy stoliku, to zaraz jakaś kelnerka będzie go zagadywać.
O robieniu milionów babek z piasku, zamków, przesypywania piasku z wiaderka do wywrotki i na odwrót nie będę się rozpisywać. Ech.... Dwa tygodnie minęły jakby strzelił z bicza. I znowu w domu. Z jednej strony, miło jest być u siebie. Z drugiej powrót do codziennych obowiązków nie jest łatwy. Ale po dwóch tygodniach jakoś wróciłam do starego rytmu. I do pracy. Ale o tym osobna notka wkrótce.
I jeszcze jedna fajna rzecz. Tuż przed wyjazdem zaczęłam czuć drugiego malucha fikającego w brzuchu. Już trochę zapomniałam, jakie to niesamowite uczucie.
I jeszcze jedna fajna rzecz. Tuż przed wyjazdem zaczęłam czuć drugiego malucha fikającego w brzuchu. Już trochę zapomniałam, jakie to niesamowite uczucie.
wtorek, 14 sierpnia 2012
(Nie)proszone komentarze
Zajrzałam dziś na blog Mamy-na-puszczy i przypomniało mi się coś ważnego. Ja też źle znoszę wieczne "doradztwo" w sprawach opieki na MOIM dzieckiem. Pół biedy jeśli wypowiadają się osoby, które dobrze znam i wiem, że są mi życzliwe. Wtedy drażni mnie to mniej, choć nasze poglądy się nie pokrywają. Ale do szewskiej pasji doprowadzają mnie komentarze i "rady" wszechwiedzących pań w wieku dowolnym, które widzą nas przez najwyżej kwadrans i już muszą koniecznie mnie przekonać i swej mądrości. Na szczęście drugi trymestr ciąży sprawił, że burza hormonów trochą opadła i nie wściekam się, tylko robię po swojemu. A bardziej upartym mówię, ze moje dziecko=moja sprawa. I w nosie mam, co ludzie powiedzą. Bo powiedzą i tak .
Subskrybuj:
Posty (Atom)