Chwila oddechu po intensywnym tygodniu.
Pojechaliśmy w odwiedziny do Dziadków Grabowskich.
Chłopcy się bawią, a ja napiszę kilka słów.
Dwa tygodnie temu, w ostatni weekend września wybraliśmy się znów do Nowogrodu, na Nadnarwiański Szlak Schronów Bojowych.
Tym razem spędziliśmy tam cały dzień, włócząc się po polach i lasach. Uzbrojeni w mapy, latarki i GPS w telefonie.
Udało się nam znaleźć wszystkie 13 schronów.
Jedne były świetnie zachowane, brakowało tylko sprzętu bojowego i mebli.
Z innych zostały pojedyncze kawały betonu i zbrojenia. To pozostałości po wysadzeniu schronów w końcu wojny.
Chłopaki spisali się świetnie, szukając drogi i wypatrując schronów ukrytych w lesie.
Wycieczka zajęła nam cały dzień, chłopcy padli w samochodzie jak muchy. W domu tylko szybka przebiórka w piżamę 😊
Poza schronami mieliśmy okazję odpoczywać w lesie, cieszyć oczy wspaniałymi jesiennymi barwami, oglądać różne rodzaje mchu, pajęczyny rozpięte między łodygami roślin
Tylko jedna rzecz bardzo raziła. W niemal każdym schronie było...... wysypisko potłuczonych butelek i wszelkich innych śmieci. Nie pojmuję takiego zachowania.
I nasuwa mi się smutny wniosek, że człowiek jest najbardziej brudzącym stworzeniem na świecie.
niedziela, 13 października 2019
poniedziałek, 23 września 2019
Jesień
Dziś oficjalnie zaczyna się jesień kalendarzowa.
Krótsze dni, za oknem szaro, dzień krótszy...
Za nami pierwszy miesiąc szkoły i zerówki.
Były zebrania, Starszak i Młodszy wybrali zajęcia dodatkowe, od czwartku na SI wraca p. Tomek.
W tym roku czeka nas kilka wyzwań.
Przygotowania do I Komunii, ortografia, samodzielne czytanie lektur (to Starszak).
Nauka czytania i większej samodzielności ( to Młodszy).
Mnie czeka jeszcze współorganizacja opieki nad Tatą.
A na oficjalne zakończenie lata - kolejną wyprawa na poszukiwanie bunkrów. O ile oczywiście pogoda za tydzień będzie dla
nas łaskawa.
Krótsze dni, za oknem szaro, dzień krótszy...
Za nami pierwszy miesiąc szkoły i zerówki.
Były zebrania, Starszak i Młodszy wybrali zajęcia dodatkowe, od czwartku na SI wraca p. Tomek.
W tym roku czeka nas kilka wyzwań.
Przygotowania do I Komunii, ortografia, samodzielne czytanie lektur (to Starszak).
Nauka czytania i większej samodzielności ( to Młodszy).
Mnie czeka jeszcze współorganizacja opieki nad Tatą.
A na oficjalne zakończenie lata - kolejną wyprawa na poszukiwanie bunkrów. O ile oczywiście pogoda za tydzień będzie dla
nas łaskawa.
czwartek, 5 września 2019
Zaczęło się....
Szkoła, zerówka, zajęcia dodatkowe, zajęcia terapeutyczne, SI, moja praca, praca męża, Rodzice, Teściowie, życie towarzyskie synów, nasze życie towarzyskie.....
Wrzesień przypomina mi puzzle z tysiąca elementów. W końcu wychodzi z nich obraz, całość. Ale na początku, na początku są bezładnie rozrzucone kartoniki i dopiero rodzące się koncepcje, jak to ugryźć, dopasować do siebie nawzajem.
Wrzesień przypomina mi puzzle z tysiąca elementów. W końcu wychodzi z nich obraz, całość. Ale na początku, na początku są bezładnie rozrzucone kartoniki i dopiero rodzące się koncepcje, jak to ugryźć, dopasować do siebie nawzajem.
sobota, 31 sierpnia 2019
Majowa rewolucja i czerwcowy ekspress
Czas na zaległości i trochę wspomnień
Właściwie w maju nic nie zapowiadało aż tak dużej rewolucji.
Owszem, zmieniono godziny otwarcia w mojej pracy, co spowodowało dość mieszane uczucia. Owszem, zgodziłam się być zastępcą kierownika, ale nie oznaczało to nic strasznie trudnego.
Owszem, odeszły od nas kolejne dwie osoby, ale na ich miejsce doszły dwie nowe dziewczyny, bardzo pozbierane i fajne.
Owszem, u moich Rodziców sprawy zaczęły się komplikować, a sytuacja zmieniać w ekspresowym tempie.
Owszem, zamierzała zmienić miejsce pracy, ale dopiero za rok, gdy obaj synowie będą w jednej szkole.
Nic nie zapowiadało tak dużych zmian, już, natychmiast. Wydawało mi się, że po kolei jakoś się wszystko poukłada.
Zaczęło się niewinnie. Ot zwolnienie na dwa dni. Potem okazało się, że kierownika nie będzie długo, bardzo długo. Przyczyna oczywiście radosna, ale......
Zostałam z apteką na głowie. W zasadzie sama, bez uprawnień do większości rzeczy, bez doświadczenia, za to w newralgicznym momencie miesiąca i z kilkoma osobami na urlopie.
Wyglądało to tak, że uczyłam się na bieżąco, dopytywałam się, szukałam informacji. Jednocześnie koordynowałam pracę, stałam za stołem, ogarniałam zaplecze. Szło mi całkiem nieźle, ale ......
Standardem stały się kłopoty żołądkowe i ból głowy. I zmęczenie, eliminujące mnie z życia domowego. I jeszcze coś.... Zapominałam o ważnych sprawach, domowych, myliłam terminy i wizyty swoje i chłopców, urodziny Starszaka organizowałam w biegu.
W końcu powiedziałam dość. I.... złożyłam wypowiedzenie. Przede mną były cztery tygodnie pracy i tydzień wolnego. A potem... Szczerze, nawet nie bardzo się martwiłam, tym co będzie potem.
Ostatni tydzień maja to zielona szkoła Starszaka. Spakował się samodzielnie, jak zawsze w niedzielę. W niedzielę też świętowaliśmy Dzień Matki, nie jakoś hucznie, bo na to nie miałam ani siły, ani czasu.
Starszak wyjechał, Młodszy w przedszkolu, my ogarnialiśmy rzeczywistość.
W niemal ostatniej chwili udało mi się zarezerwować salę zabaw na urodziny Starszaka. I kupić prezent na urodziny koleżanki Starszaka.
Nadszedł czerwiec. W szkole niemal luz. Za to w przedszkolu intensywne przygotowania do zakończenia roku i przedszkola. Trzeba było załatwić strój wilka. Jakoś udało mi się nie zapomnieć.
W dniu zakończenia przedszkola wzięłam dzień wolny. I na spokojnie oglądałam dzieciaki. Zrelaksowana, choć przez jeden dzień...
Po podjęciu decyzji o odejściu z pracy właściwie mogłam wziąć zwolnienie na resztę czasu i odpoczywać. To jednak oznaczałoby zostawienie koleżanki, z kompletnym chaosem na głowie. Nie umiem tak. Może to głupie, ale moje poczucie przyzwoitości i obowiązku mi na to nie pozwoliło. Zdobywałam dyżurantów, pilnowałam terminów, przychodziłam do pracy w dziwacznych terminach. Woziłam klucze do pracy rowerem, w środku nocy. I do końca byłam.
A obok tego byłam na zebraniach, prowadziłam długie rozmowy z Mamą, bo z Tatą było słabo. Przed nami były wakacje. Kolejna sprawa do zaplanowania. W końcu nasze dzieci nie są jeszcze samodzielne na tyle, żeby samotnie siedzieć w domu. To oznaczało zakupy, rozpiskę na lipiec i sierpień.
Poza tym normalne życie, ogarnianie domu. I niekończąca się logistyka.
W końcu nadszedł koniec roku szkolnego. Bez mrugnięcia okiem wzięłam wolny dzień. Byłam na zakończeniu roku, razem spędziliśmy fantastyczny dzień. Była pizza na obiad i lody na deser.
Potem dzień przerwy i ostatni dzień w pracy.
To, że udało mi się załatwić wszystko, zakrawało na cud.
Przede mną były dwa wolne tygodnie. I nowe miejsce pracy. Które w porównaniu z poprzednim okazało się być wakacjami.
Owszem pracy jest sporo.
Owszem znów jeden kierownik odszedł, a drugi będzie dopiero pod koniec września.
Owszem też bardzo polegamy na dyżyrantach.
Ale i tak to wakacje w porównaniu z poprzednim miejscem.
Właściwie w maju nic nie zapowiadało aż tak dużej rewolucji.
Owszem, zmieniono godziny otwarcia w mojej pracy, co spowodowało dość mieszane uczucia. Owszem, zgodziłam się być zastępcą kierownika, ale nie oznaczało to nic strasznie trudnego.
Owszem, odeszły od nas kolejne dwie osoby, ale na ich miejsce doszły dwie nowe dziewczyny, bardzo pozbierane i fajne.
Owszem, u moich Rodziców sprawy zaczęły się komplikować, a sytuacja zmieniać w ekspresowym tempie.
Owszem, zamierzała zmienić miejsce pracy, ale dopiero za rok, gdy obaj synowie będą w jednej szkole.
Nic nie zapowiadało tak dużych zmian, już, natychmiast. Wydawało mi się, że po kolei jakoś się wszystko poukłada.
Zaczęło się niewinnie. Ot zwolnienie na dwa dni. Potem okazało się, że kierownika nie będzie długo, bardzo długo. Przyczyna oczywiście radosna, ale......
Zostałam z apteką na głowie. W zasadzie sama, bez uprawnień do większości rzeczy, bez doświadczenia, za to w newralgicznym momencie miesiąca i z kilkoma osobami na urlopie.
Wyglądało to tak, że uczyłam się na bieżąco, dopytywałam się, szukałam informacji. Jednocześnie koordynowałam pracę, stałam za stołem, ogarniałam zaplecze. Szło mi całkiem nieźle, ale ......
Standardem stały się kłopoty żołądkowe i ból głowy. I zmęczenie, eliminujące mnie z życia domowego. I jeszcze coś.... Zapominałam o ważnych sprawach, domowych, myliłam terminy i wizyty swoje i chłopców, urodziny Starszaka organizowałam w biegu.
W końcu powiedziałam dość. I.... złożyłam wypowiedzenie. Przede mną były cztery tygodnie pracy i tydzień wolnego. A potem... Szczerze, nawet nie bardzo się martwiłam, tym co będzie potem.
Ostatni tydzień maja to zielona szkoła Starszaka. Spakował się samodzielnie, jak zawsze w niedzielę. W niedzielę też świętowaliśmy Dzień Matki, nie jakoś hucznie, bo na to nie miałam ani siły, ani czasu.
Starszak wyjechał, Młodszy w przedszkolu, my ogarnialiśmy rzeczywistość.
W niemal ostatniej chwili udało mi się zarezerwować salę zabaw na urodziny Starszaka. I kupić prezent na urodziny koleżanki Starszaka.
Nadszedł czerwiec. W szkole niemal luz. Za to w przedszkolu intensywne przygotowania do zakończenia roku i przedszkola. Trzeba było załatwić strój wilka. Jakoś udało mi się nie zapomnieć.
W dniu zakończenia przedszkola wzięłam dzień wolny. I na spokojnie oglądałam dzieciaki. Zrelaksowana, choć przez jeden dzień...
Po podjęciu decyzji o odejściu z pracy właściwie mogłam wziąć zwolnienie na resztę czasu i odpoczywać. To jednak oznaczałoby zostawienie koleżanki, z kompletnym chaosem na głowie. Nie umiem tak. Może to głupie, ale moje poczucie przyzwoitości i obowiązku mi na to nie pozwoliło. Zdobywałam dyżurantów, pilnowałam terminów, przychodziłam do pracy w dziwacznych terminach. Woziłam klucze do pracy rowerem, w środku nocy. I do końca byłam.
A obok tego byłam na zebraniach, prowadziłam długie rozmowy z Mamą, bo z Tatą było słabo. Przed nami były wakacje. Kolejna sprawa do zaplanowania. W końcu nasze dzieci nie są jeszcze samodzielne na tyle, żeby samotnie siedzieć w domu. To oznaczało zakupy, rozpiskę na lipiec i sierpień.
Poza tym normalne życie, ogarnianie domu. I niekończąca się logistyka.
W końcu nadszedł koniec roku szkolnego. Bez mrugnięcia okiem wzięłam wolny dzień. Byłam na zakończeniu roku, razem spędziliśmy fantastyczny dzień. Była pizza na obiad i lody na deser.
Potem dzień przerwy i ostatni dzień w pracy.
To, że udało mi się załatwić wszystko, zakrawało na cud.
Przede mną były dwa wolne tygodnie. I nowe miejsce pracy. Które w porównaniu z poprzednim okazało się być wakacjami.
Owszem pracy jest sporo.
Owszem znów jeden kierownik odszedł, a drugi będzie dopiero pod koniec września.
Owszem też bardzo polegamy na dyżyrantach.
Ale i tak to wakacje w porównaniu z poprzednim miejscem.
poniedziałek, 5 sierpnia 2019
W domu...
Wczoraj około 15.00 w końcu dojechaliśmy do domu :)))
Bardzo już się nam w samochodzie nudziło.
A dziś chłopaki z Mężem w trybie pilnym wyjechali do Dziadków Grabowskich.
Niestety u moich Rodziców sprawy się skomplikowały i postanowiliśmy wyjazd przyśpieszyć o tydzień.
A ja próbuję się odnaleźć w warszawskiej rzeczywistości, choć jedną nogą wciąż jestem w cieplutkim Adriatyku :))
Bardzo już się nam w samochodzie nudziło.
A dziś chłopaki z Mężem w trybie pilnym wyjechali do Dziadków Grabowskich.
Niestety u moich Rodziców sprawy się skomplikowały i postanowiliśmy wyjazd przyśpieszyć o tydzień.
A ja próbuję się odnaleźć w warszawskiej rzeczywistości, choć jedną nogą wciąż jestem w cieplutkim Adriatyku :))
wtorek, 30 lipca 2019
Krótka przerwa w plażowaniu
W weekend pogoda sprawiła nam niespodziankę i....... padało niemal całą sobotę i pół niedzieli.
Bardzo nam to nie przeszkadzało.
Chłopcy krążyli pomiędzy dworem, gdzie obserwowali mrówki a swoim pokojem. Na obiad były naleśniki, których przy pięknej pogodzie nie chciałoby mi się smażyć.
W niedzielę po południu wypogodziło się w końcu. Poszliśmy więc na plażę, a tam...... Morze pokazało nam zupełnie nowe oblicze. Były fale, niezbyt duże, ale wystarczyły dla dzieci. Załamywały się z impetem, zalewając pół plaży, ku ogromnej uciesze dzieciaków. Cała gromada piszcząc i krzycząc wpadała w fale, skakała, turlała się.
Dzieciaki się wybawiły, ja też miałam zabawę.
Niestetyt miałam też przygodę. Fala zniosła mnie na skałę podwodną i jej mieszkaniec poparzył moje kolano. Dziś już nie jest źle, ale wczoraj kolano całe było w bąblach i piekło niemiłosiernie.
Podejrzewam, że miałam spotkanie z jeżowcem. Dobrze, że to byłam ja, a nie któreś z dzieci.
Dziś znowu pogoda typowo chorwacka. Słońce, bezchmurne niebo, spokojne, krystaliczne morze. Znów plażujemy, pływamy z maską, bawimy się w podwodne akrobacje.
Bardzo nam to nie przeszkadzało.
Chłopcy krążyli pomiędzy dworem, gdzie obserwowali mrówki a swoim pokojem. Na obiad były naleśniki, których przy pięknej pogodzie nie chciałoby mi się smażyć.
W niedzielę po południu wypogodziło się w końcu. Poszliśmy więc na plażę, a tam...... Morze pokazało nam zupełnie nowe oblicze. Były fale, niezbyt duże, ale wystarczyły dla dzieci. Załamywały się z impetem, zalewając pół plaży, ku ogromnej uciesze dzieciaków. Cała gromada piszcząc i krzycząc wpadała w fale, skakała, turlała się.
Dzieciaki się wybawiły, ja też miałam zabawę.
Niestetyt miałam też przygodę. Fala zniosła mnie na skałę podwodną i jej mieszkaniec poparzył moje kolano. Dziś już nie jest źle, ale wczoraj kolano całe było w bąblach i piekło niemiłosiernie.
Podejrzewam, że miałam spotkanie z jeżowcem. Dobrze, że to byłam ja, a nie któreś z dzieci.
Dziś znowu pogoda typowo chorwacka. Słońce, bezchmurne niebo, spokojne, krystaliczne morze. Znów plażujemy, pływamy z maską, bawimy się w podwodne akrobacje.
piątek, 26 lipca 2019
Ston - najdłuższy w Europie kamienny mur obronny
Po trzech dniach wylegiwania na plaży, kąpania, podglądania ryb, krabów i innych morskich stworzeń padło hasło - jedziemy na wycieczkę. Kierunek Ston, około 25 km od Żuljany.
W planach przejście po murze obronnym, obejrzenie twierdzy, obiad, spacer po miasteczku i rzut oka na solniska.
Pogoda była bardzo łaskawa, wiatr i niewielki upał, i sprzyjała naszym wyczynom.
Na pierwszy ogień poszedł mur obronny. Pierwotnie liczył 5,5 km i jest najdłuższym murem w Europie. Na świecie dłuższy jest tylko Wielki Mur w Chinach. W XIV wieku bronił półwyspu Peljesač przed najazdem wojsk osmańskich i bronił skutecznie. Przespacerowaliśmy się po murze. Schody w górę, potem w dół i znowu w górę. Każdą basztę trzeba było obejrzeć. Na każde dodatkowe schody się wspiąć. Z każdej armaty wycelować we wroga.
Z wysokości murów obronnych obejrzeliśmy solniska - miejsca gdzie się pozyskuje sól z morza. Widok wspaniały. A najciekawsze, że metody pozyskiwania soli są niezmienne od czasów rzymskich.
W końcu, bardzo zmęczeni, wyruszyliśmy na poszukiwanie...... obiadu i dużego łyku chłodnej wody. Obiad okazał się przepyszny. Chłopaki i Mąż zamówili pizzę. Ja skorzystałam z okazji, że jestem nad morzem i zamówiłam sobie zupę rybną i przepyszne risotto z owocami morza. A po obiedzie oczywiście był obowiązkowy deser.
Pokrzepieni ruszyliśmy obejrzeć twierdzę, niegdyś broniącą miasteczka od strony morza. Ogromne, grube mury, baszty, armaty, wszystko solidne. Kiedyś musiała robić wrażenie.
Twierdza była naszym ostatnim punktem w Ston. Wyruszyliśmy w drogę powrotną do Żuljany. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, skąd z wysokości podziwialiśmy zatokę, w której się codziennie kąpiemy.
A po południu tradycyjnie kąpiel. Tym razem morze było gładkie jak jezioro, a woda wyjątkowo cieplutko.
W planach przejście po murze obronnym, obejrzenie twierdzy, obiad, spacer po miasteczku i rzut oka na solniska.
Pogoda była bardzo łaskawa, wiatr i niewielki upał, i sprzyjała naszym wyczynom.
Na pierwszy ogień poszedł mur obronny. Pierwotnie liczył 5,5 km i jest najdłuższym murem w Europie. Na świecie dłuższy jest tylko Wielki Mur w Chinach. W XIV wieku bronił półwyspu Peljesač przed najazdem wojsk osmańskich i bronił skutecznie. Przespacerowaliśmy się po murze. Schody w górę, potem w dół i znowu w górę. Każdą basztę trzeba było obejrzeć. Na każde dodatkowe schody się wspiąć. Z każdej armaty wycelować we wroga.
Z wysokości murów obronnych obejrzeliśmy solniska - miejsca gdzie się pozyskuje sól z morza. Widok wspaniały. A najciekawsze, że metody pozyskiwania soli są niezmienne od czasów rzymskich.
W końcu, bardzo zmęczeni, wyruszyliśmy na poszukiwanie...... obiadu i dużego łyku chłodnej wody. Obiad okazał się przepyszny. Chłopaki i Mąż zamówili pizzę. Ja skorzystałam z okazji, że jestem nad morzem i zamówiłam sobie zupę rybną i przepyszne risotto z owocami morza. A po obiedzie oczywiście był obowiązkowy deser.
Pokrzepieni ruszyliśmy obejrzeć twierdzę, niegdyś broniącą miasteczka od strony morza. Ogromne, grube mury, baszty, armaty, wszystko solidne. Kiedyś musiała robić wrażenie.
Twierdza była naszym ostatnim punktem w Ston. Wyruszyliśmy w drogę powrotną do Żuljany. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, skąd z wysokości podziwialiśmy zatokę, w której się codziennie kąpiemy.
A po południu tradycyjnie kąpiel. Tym razem morze było gładkie jak jezioro, a woda wyjątkowo cieplutko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)