poniedziałek, 24 listopada 2014

Choroba

No i już wiem, dlaczego przez ostatni tydzień byłam nie do życia. Toczył mnie jakiś wredny wirus, który ujawnił się w nocy z piątku na sobotę. Noc spędziłam nad muszlą klozetową. A rano wyglądałam jak zombie. Niestety musiałam być w sobotę w pracy. Pierwsze dwie godziny wegetowałam na zapleczu. Później trochę odżyłam, ale po ośmiu godzinach do domu dojechałam ledwie żywa. Siły starczyło tylko na utulenie Młodszego. W niedzielę też nie czułam się dobrze. Żołądek przestał szaleć, ale reszta ciała bolała pioruńsko. Pofatygowałam się do lekarza i dowiedziałam się, że to jakiś silny wirus i mam dużo odpoczywać. Dostałam też trzy dni zwolnienia. Więcej wziąć nie mogę, bo w czwartek koleżanka wyjeżdża na urlop i będę już bardzo potrzebna. Oczywiście odpoczynek tu pobożne życzenia, bo w domu mam kaszlącego już drugi tydzień Młodszego. Dziś idziemy na kontrolę. Do tego Starszak ma katar od wczoraj wieczór. Nie poszedł do przedszkola. Dobrze, że choć nianię mam do pomocy. Mamy małych dzieci zdecydowanie nie chorują!!!

czwartek, 20 listopada 2014

Zmiany we mnie

Jesień podobno to czas wyciszenia przed zimowym odpoczynkiem. Tak przynajmniej robi przyroda. Liście więdną i opadają. Słońce świeci słabiej, światło jest rozmyte, jakby przesiane przez chmury. 

A ja... Powoli dojrzewam do zmian. Jeszcze nie wiem czy będą duże czy małe. Ale będą na pewno. Obecny tryb życia bardzo mnie męczy. Ciągle w niedoczasie, ciągle w napięciu, zawsze zła i warcząca, to na dzieci, to na męża.  Sama takiej siebie nie lubię. Więc zmiany czas zacząć.

poniedziałek, 27 października 2014

Rodzinny weekend

Ostatni weekend był pełen niespodzianek. Mieliśmy jechać do dziadków z Grabówki, ale w piątek Starszak miał w przedszkolu gorączkę i nasz weekend stanął na głowie. Już drugi raz pod rząd Starszy w piątek ma gorączkę i wzywają nas do przedszkola. Tym razem pojechaliśmy do lekarza. I okazało się, że A jest zdrowy jak rydz. Więc chyba będę musiała przeprowadzić jakieś śledztwo przedszkolne. Bo historia jest intrygująca. Skąd ta gorączka akurat w piątek? W sobotę miał jeszcze stan podgorączkowy, a w niedzielę już wszystko było w porządku. Dzięki temu zyskaliśmy weekend dla nas. I był czas na zakupy obiadowe, na pieczenie ciasta, na gości i na bycie ze sobą. Do tego dziadkowie stesknieni za wnukami przyjechali do nas. Było bardzo przyjemnie. A niedziela była tylko dla nas. Spędziliśmy mnóstwo czasu na zabawach, wspólnym leżeniu na dywanie, grze w piłkę, gotowaniu, jedzeniu, bieganiu po placu zabaw, ogladaniu, czytaniu książek. To był naprawdę wspaniały, rodzinny czas. Fajnie jest czasem spędzić czas tylko z rodziną. 

niedziela, 19 października 2014

Starszak koloruje

W środę A bolała noga. W zasadzie to nie wiem, czy bolała naprawdę czy była pretekstem do zostania w domu jeden dzień. Zgodziliśmy się na to pod warunkiem, że nie spędzi całego dnia na oglądaniu bajek w telewizji. I mój synek na nowo odkrył kolorowanki. 
Jako maluch malować nie lubił. W ogóle go to nie interesowało. Poza tym nie lubił mieć ubrudzonych rączek. Potem trochę kolorował, ale bardzo szybko się nudził. Ktoś musiał kolorować razem z nim, a najlepiej za niego. Kolorowanki zaczęliśmy odkrywać przy okazji zachwytu dinozaurami, oczywiście tylko gady były kolorowane. 
A tu od środy A koloruje z dużym zapałem. Wykorzystuje na to czas przed śniadaniem, czas, który do tej pory był czasem jęczenia, "kiedy będzie śniadanko" i "to za długo mamusiu.....". Teraz siedzi przy kuchennym stole, koloruje, rozmawiamy, ja przygotowuję naszą ulubioną śniadaniowa potrawę - owsiankę. Jest to miły początek dnia. Czasem dołącza do nas Młodszy, który wprawia się rysując na kartkach różności. Mamy dla siebie czas nawet rano, gdy ja mam w pracy na ranek, trzeba wyszykować A do przedszkola, mąż próbuje zdążyć do pracy na przyzwoitą godzinę i panuje generalny rozgardiasz. I jak bardzo taki spokojny ranek ułatwia resztę dnia wprowadzając w dobry nastrój !!!
Starszak koloruje naprawdę ładnie, bardzo stara się nie wyjeżdżać poza linie. Czasem dobór kolorów jest trochę inny od przyjętych zazwyczaj (np. niebo bywa kolorowe), ale się nie wtrącam. W końcu wybór koloru należy do artysty :))


sobota, 11 października 2014

Zmiany, zmiany...

Kawał czasu nie było mnie na blogu. Przez ponad miesiąc działo się jak zwykle mnóstwo rzeczy, jak zwykle na raz... 

A zmienił przedszkole. Na początku wydawało się, że wszystko jest w porządku. Ale po około miesiącu chodzenia pojawiły się dziwne zachowania synka, wydawał się cały czas bardzo spięty, za drobiazgi przepraszał nas jakby miał nastąpić koniec świata. Do tego na początku września pojawiło się dużo nowych dzieci, więc podczas wspólnych posiłków był taki płacz, że opiekunki nie słyszały dzwonka do drzwi. Dla A, który jest nadwrażliwy słuchowo, to był prawdziwy horror. A potem jeszcze okazało się, że opiekunki mają zupełnie nieakceptowalne dla nas metody kiełznania dzieci, w stylu: "jak nie będziesz się słuchać, to wszyscy sobie pójdą, zgaszą światło i zostaniesz sama". Po czymś takim postanowiliśmy zabrać stamtąd synka w trybie natychmiastowym. Strasznie się wkurzyłam. To my, rodzice, pilnujemy, żeby nikt nie straszył naszego synka: panem, dziadem, babą-jagą itp., a tu jakaś obca baba nauczy go, że bycie samemu albo po ciemku to kara. A my potem będziemy zachodzić w głowę, czemu on boi się ciemności, samotności... I będziemy takie bzdury odkręcać. 
Na szczęście i tak Starszak miał nie chodzić do przedszkola dwa tygodnie przed operacją Młodszego, więc nie musieliśmy natychmiast załatwiać nowego miejsca, tylko mogliśmy spokojnie się rozejrzeć. Po namyśle zdecydowaliśmy na przedszkole polecone przez znajomą z pracy męża.

Nowe miejsce ma swoje wady: 
1.Jest dużo dalej, więc o pójściu na piechotę nie ma mowy, pozostaje metro, autobus, samochód lub ewentualnie rower;
2. Jest drogie, nawet jak na standardy stolicy;
3. Ma trzytygodniową przerwę wakacyjną. 

Ma też zalety:
1. A obraca się w grupie 15-tu dzieci, jest więc o wiele ciszej, spokojniej;
2. Nie ma opcji, żeby ot tak wejść do budynku, zawsze ktoś się pyta, obserwuje;
3. Jest sporo zajęć ruchowych, basen, piłka nożna, taniec, oprócz tego dzieciaki są na dworze codziennie;
4. A sporo rysuje, maluje, wykleja, skleja, tworzy, ma całą szufladę swoich prac, słowem coś się dzieje, nie słyszymy skarg w stylu "kiedy będziemy robili coś ciekawego?"; 
5. A wyraźnie się wyciszył, opadło z niego napięcie, nikt go nie straszy, lepiej funkcjonuje w domu.
A my odetchnęliśmy trochę, kiedy zobaczyliśmy, że nowe miejsce zostało zaakceptowane. W końcu Starszak spędza tam około 8-9 godzin dziennie, więc musi się tam czuć bezpiecznie i komfortowo.


We wrześniu przeszliśmy też pierwsza operację rozdzielania paluszków u T. W szpitalu przy Litewskiej spędziliśmy dwie doby. I bardzo się cieszę, że nie dłużej. I nie chodzi warunki, o to, że przespałam dwie doby na krześle obok łóżeczka, bo gdybym położyła się na podłodze, to zatarasowałabym drogę do innego łóżeczka ani o to, że żeby zjeść, trzeba mieć kogoś, kto to jedzenie przyniesie, czy że nie ma gdzie zaparkować samochodu. Warunki są, jakie są. Szpital ma się wkrótce przenieść do nowego miejsca, może będą wtedy lepsze.
Szpital dla dzieci, to okropnie przygnębiające miejsce. Tyle cierpiących maluchów, tak trudno wytłumaczyć im, że coś trzeba zrobić, chociaż boli, tak trudno patrzeć na ich cierpienie. Wiem, że miałam szczęście. Byłam na chirurgii, na planowym zabiegu, o potrzebie operacji wiedziałam od urodzenia T. To nie była sytuacja nagła, zagrożenie zdrowia, życia. A i tak cieszę się, że po dwóch dobach uciekliśmy do własnego domu.

T zniósł operację bardzo dobrze, nie było żadnych powikłań po narkozie. Opatrunek na rączce bardzo mu nie przeszkadza, szaleje jak zwykle. Brakuje mu tylko prawdziwej kąpieli i zabaw w piachu. Z tym czekamy na całkowite zagojenie szwów. Czy zabieg się udał dowiemy się dopiero w czwartek, kiedy może z palca zostanie wyjęty stabilizator i może pozbędziemy się wreszcie opatrunków. Wtedy też zaczniemy planować dalsze kroki.

A ja pod koniec września nareszcie trafiłam do docelowego miejsca pracy. Przez ponad tydzień przygotowywałyśmy aptekę do otwarcia: sprawdzałyśmy tony towaru, układałyśmy na półkach, planowałyśmy magazyn i robiłyśmy tysiąc innych rzeczy. Apteka działa od poniedziałku. Sytuacja rozkręca się powolutku. Myślę, że w najbliższym tygodniu ruch będzie większy i zaczniemy przynosić wymierny zysk.




sobota, 30 sierpnia 2014

"Niedoczas"

Nie było mnie na blogu prawie 2 miesiące. To kawał czasu. Przez ten czas sporo się wydarzyło:

A zmienił przedszkole. Przenieśliśmy go do przedszkola w stolicy, bo dojazdy do Bielawy, przy pracy w Warszawie wykończyłyby nas nerwowo i pożarłyby większość wieczornego czasu. Poza tym A nadal chodzi na SI, więc potrzebuje wcześniejszych powrotów do domu, czasu na relaks i wyciszenie. W nowym przedszkolu przeszedł adaptację i chyba w końcu się zaaklimatyzował, bo teraz nie che już wracać wcześniej do domu.

Ja zmieniłam pracę i wpadłam w tryb pracy w korpo, bo apteka sieciowa to trochę KORPO. Z dniem 31 lipca kończyło mi się wypowiedzenie w starej pracy. Dostałam propozycję pracy w aptece sieciowej. Po miesiącu pracy muszę przyznać, że niektóre rzeczy mocno mnie zaskakują, a niektóre mocno nie podobają, ale pożyjemy, zobaczymy. Dam sobie trochę czasu.

Wysypało mi się zdrowotnie prawie wszystko. Mam typowe objawy niedoczynności tarczycy: zasypiam na stojąco, włosy są jak pajęczyna, skóra sucha, kłopot z wagą. Pilnie szukam dobrego endokrynologa w stolicy, bo mam wrażenie, że utknęłam w martwym punkcie. Poza tym muszę kontrolować pracę wątroby i znaleźć wreszcie przyczynę bólu stawów.

Urządzanie naszego mieszkania trochę leży i kwiczy, brak czasu jest tu widoczny bardzo, bardzo. Ale są zmiany, przyszły już kanapa i fotele. Mamy wreszcie na czym siedzieć w salonie!!! Hip hip hurra!!! Zamówiłam też firanki, muszę je tylko odebrać i zawiesić. Pozostało dokupienie brakujących pólek, regału, akcesoriów kuchennych, wymiana rolet, kontrola okien i nawiewników itd..... Ale widać już światełko w tunelu.

Mamy już termin operacji T i ten temat absorbuje mnie najbardziej. 19 września mój malutki synek przejdzie pierwszą operację rozdzielenia paluszków u rączki. Planowane są co najmniej dwie. Ile ich będzie czas pokaże. Ciągle o tym myślę.... On jest jeszcze taki malutki.... Cóż trzeba wierzyć, że wszystko pójdzie dobrze...

Tak więc u nas dzieje się. 

sobota, 5 lipca 2014

Dom

Jak ja lubię wracać do domu. Nieważne czy pracuję cały weekend, czy tak jak dzisiaj, mam tylko pracującą sobotę. Przyjemnie jest wracać do domu pełnego śmiechu dzieci, światła słonecznego i domowych zapachów. Moje zmęczenie mija tuż za progiem i jestem gotowa na spacer, przytulanie czy inne szaleństwa. 

Nasz nowy dom jest duży, słoneczny, domowy. Ciągle brakuje w nim wielu rzeczy, choć niektóre być może już niedługo zostaną zamówione:)), np. kanapy do salonu. Nie spieszymy się z urządzeniem. Po pierwsze oboje pracujemy, a ja także w weekendy. Po drugie nasze dzieci uczą, że plany mogą się zmienić bardzo szybko. Po trzecie nie chcę przypadkowej zbieraniny przedmiotów, mebli, tkanin. Tak było w poprzednim domu i bardzo mi to przeszkadzało. Dlatego nie spieszymy się. 

W ogóle przekonałam się ostatnio, że nie warto się napinać, upierać, że już, teraz, natychmiast ma coś być zrobione, kupione, urządzone. To tylko generuje napięcie i atmosfera zupełnie niepotrzebnie się zagęszcza. A cóż takiego się stanie, jeśli coś się przesunie, nie uda.? Czy od tego zależy moje dobre samopoczucie?  Na szczęście już nie!!!   

Tak samo bez pośpiechu i napinania szukam nowej pracy. Nie chwytam nerwowo każdej okazji, choć teraz o pracę raczej trudno. Na szczęście mogę sobie pozwolić nawet na jakiś czas bez pracy zawodowej. To nas nie zrujnuje finansowo. Tak, wiem, że nie każdy ma taki luksus, ale skoro już go mam, to czemu z niego nie skorzystać? I naszła mnie ostatnio bardzo ciekawa myśl. Może ta przymusowa zmiana pracy, to tak naprawdę najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przytrafić? Od dłuższego czasu praca w niedziele i święta bardzo mi przeszkadza, ale wiadomo, że zmiany wymagają wysiłku, odwagi, działania. A do tego trzeba motywacji. W moim przypadku motywacją do działania było wypowiedzenie. I teraz mogę poszukać pracy, gdzie będę mieć więcej czasu dla siebie,  męża,  dzieci,  przyjaciół. Gdzie Święta będę spędzać z Rodziną. I gdzie znajdę czas na pasje zaniedbane  w ostatnim czasie skandalicznie.