wtorek, 21 maja 2013
Jest ciężko
Dawno nie czułam się tak źle. Od kilku dni chodzę jak nakręcona zabawka. Boję się co będzie, gdy sprężyna pęknie. Nie mogę tak dalej funkcjonować. Krzycze na Starszaka o byle co. Krzycze na Młodszego, na męża. Albo rycze, bo coś mi nie wychodzi. Najchętniej ucieklabym z domu i nie wracała. A przecież kocham moją rodzinę. Z niczym się nie wyrabiam. A mam pomoc do dzieci i do sprzątania. I ciągle czuję się winna, że za mało czasu spędzam z Andrzejkiem, że poświęcam mu za mało uwagi. Ćwiczenia logopedyczne leżą, ćwiczenia ortopedyczne leżą. Co prawda, jeśli ja o nich nie pamiętam, to mąż ich nie zrobi, bo zapomina, bo za późno jest w domu. Chyba próbuję być mamą idealną, a wychodzi mama sfrustrowana i na najlepszej drodze do depresji.
sobota, 18 maja 2013
Udało się
W czwartek jedziemy z Tadziem na konsultację do chirurga. Może nareszcie będziemy mieli diagnozę i jakiś plan.
Udało się, bo koleżanka koleżanki dowiedziała sie o naszym problemie i dała nam namiar na poleconego lekarza. W czwartek trzymajcie kciuki za nas! !!
A dziś spędziliśmy wspaniale czas na placu zabaw. Andrzejek nauczył się wspinać po trudnej linowej drabince na ulubioną zjeżdżalnie. Wychodziło mu znakomicie. Coraz lepiej też radzi sobie na rowerku. Oj rośnie nam sportowiec akrobata. Cieszę się, że lubi spędzać czas na powietrzu.
Udało się, bo koleżanka koleżanki dowiedziała sie o naszym problemie i dała nam namiar na poleconego lekarza. W czwartek trzymajcie kciuki za nas! !!
A dziś spędziliśmy wspaniale czas na placu zabaw. Andrzejek nauczył się wspinać po trudnej linowej drabince na ulubioną zjeżdżalnie. Wychodziło mu znakomicie. Coraz lepiej też radzi sobie na rowerku. Oj rośnie nam sportowiec akrobata. Cieszę się, że lubi spędzać czas na powietrzu.
środa, 15 maja 2013
Jestem wściekła
Tak, jestem wściekła. Choć tak naprawdę to powinnam napisać, że jestem naiwna. Bo oczekiwałam, że ktoś umie dobrze wykonać swoją pracę!!!! Ale po kolei. Nasz młodszy synek urodził się z palcozrostem obu rączek. Polecono nam udać się do szpitala w Otwocku. Oczywiście trzeba się najpierw zapisać do przychodni specjalistycznej. No to zapisałam tam Tadzia, w lutym. Na wolny termin czekaliśmy prawie 3 miesiące. Wcześniej się nie dało - wiadomo polskie realia. Przy zapisie podałam schorzenie dziecka. Dziś był umówiony termin wizyty. I co? Okazało się, ze straciliśmy cały dzisiejszy dzień - bite 5 godzin z trzymiesięcznym synkiem na rękach w miejscu gdzie nawet nie ma go jak przewinąć - tylko po to, żeby się dowiedzieć, że tam się tego nie leczy. Potrzebny jest specjalista od plastyki dłoni. A przecież przy zapisie podałam schorzenie!!!!!! I przez jakąś "bardzo kompetentną" panią w rejestracji straciliśmy trzy miesiące. Do tej pory sami znaleźlibyśmy kogoś, kto się tym zajmuje i może już bylibyśmy po diagnozie. A tak jesteśmy znowu na początku!!!Młody leży już na brzuchu, sprawnie podpiera się na rękach, próbuje łapać zabawki. W zrośniętych palcach ma przykurcze, to mu trochę utrudnia aktywność, ale się nie daje. A ja jestem wściekła. Do tego, że wszystko trzeba znaleźć samemu w internecie już przywykłam. Ale do tego, że ktoś nie wie tego, co jest jego obowiązkiem już nie. Gdybym ja pracowała w taki sposób, to szybko straciłabym pracę. Ale na państwowej posadzie nikt się tym nie przejmuje. I tak nikt nikogo nie pociągnie do odpowiedzialności. Mamy nauczkę. W naszym kraju wszystko trzeba załatwić samemu, pytać dwieście razy i mieć "tupet jak taran" jak mawia p. Cejrowski. Inaczej można mieć tylko w plecy.
piątek, 3 maja 2013
Lekki szok
Oczom nie wierzę. Mój dwu miesięczny syn próbuje złapać zyrafe zabawkę i okropnie się złości, że mu to nie wychodzi. On ma tylko dwa miesiace.
Domowy szpital
Dziś będzie krótko. Andrzej chory, Tadzio chory, mąż chory. Prawdziwy szpital w domu. Na szczęście Andrzejkowi katar już przechodzi. I sukces dmucha w chusteczkę. Rany, wreszcie widoki na koniec wyciągania glutów Fridą przynajmniej u starszaka. Cudownie!!!. Niestety młodszy też podłapał katar. Choć znosi tę niedogodność ze stoickim spokojem, to sypia znacznie gorzej. Nawet na spacerze. Ale widać chyba już koniec choroby, bo nosie coraz mniej słychać. A mąż, cóż rozłożył się na całego. Dobrze, że dziś ma urlop. Wydobrzeje w domu i do poniedziałku powinien być już w formie.
Przygotowania do chrzcin Tadzia dobiegają końca. Zostało jeszcze dogranie kilku drobiazgów przez maila, ostateczne załatwienie sprawy w kancelarii parafialnej. I "najważniejsza rzecz" upiększenie mamy tzn. jakaś nowa bluzka lub może dwie, fryzjer i parę niezbędnych kosmetyków.
Jedyne co mnie trochę przeraża, to wizja spędzenia większości maja w samochodzie. Nagromadziło się nam mnóstwo wizyt lekarskich, głównie z Tadziem, ale są też Andrzejka i moja zaległa wizyta u endokrynologa. najwyższy czas na nią, bo niezupełnie dobrze się czuję. Do tego postanowiłam chodzić na fitness, a w mojej miejscowości wszędzie trzeba samochodem, bo autobus akurat tam kursuje co półtorej godziny. Maj upłynie więc pod znakiem samochodu.
Przygotowania do chrzcin Tadzia dobiegają końca. Zostało jeszcze dogranie kilku drobiazgów przez maila, ostateczne załatwienie sprawy w kancelarii parafialnej. I "najważniejsza rzecz" upiększenie mamy tzn. jakaś nowa bluzka lub może dwie, fryzjer i parę niezbędnych kosmetyków.
Jedyne co mnie trochę przeraża, to wizja spędzenia większości maja w samochodzie. Nagromadziło się nam mnóstwo wizyt lekarskich, głównie z Tadziem, ale są też Andrzejka i moja zaległa wizyta u endokrynologa. najwyższy czas na nią, bo niezupełnie dobrze się czuję. Do tego postanowiłam chodzić na fitness, a w mojej miejscowości wszędzie trzeba samochodem, bo autobus akurat tam kursuje co półtorej godziny. Maj upłynie więc pod znakiem samochodu.
niedziela, 28 kwietnia 2013
Katary i katastrofy
Pogoda sprawiła, że rozbieraliśmy się i ubieraliśmy. Co chwilę inaczej. Efekt - katar u Andrzejka, oznaczający katastrofę. Mój synek ma ostatnio trudny okres. Ma teraz czas "buntu" czyli odkrywania swojej odrębności, w ogóle trudny moment dla nas wszystkich. W lutym pojawił się młodszy brat, pochłaniający większość uwagi mamy. To też jest trudne dla A., bo np. czasem musi poczekać na swoją kolej. To sprawiło, że od kilkunastu tygodni słyszę: "Nie uda mi się", "Nic już nie chcę", "Będę teraz płakał" okraszone jękami, łzami i piskami. Dogadać się trudno i przyznaję, że czasem te jęki i stęki działają na mnie jak płachta na byka. Lepiej znoszę zdecydowane NIE. Do tego w ostatnią środę Andrzejek przeszedł bardzo nieprzyjemny zabieg, okraszony bólem po i strachem. Niestety miejsce po zabiegu trzeba pielęgnować, a to wiąże się z kolejnymi łzami i strachem. Zastanawiam się teraz, czy nie można było zrobić tego inaczej. Cóż, zaufaliśmy specjaliście, a to w końcu my znamy najlepiej swojego synka....
A teraz ten katar. A właściwie kataklizm. Kompletnie zatkany nos, wrzask przy próbie porządnego oczyszczenia, wielkie i głośne NIEEEEE dla dmuchania w chusteczkę, niechęć do jedzenia i zabawy, wielka chęć do płakania i marudzenia. KATAKLIZM. Mam nadzieję, że kataklizm nie przeskoczy na młodszego.
W ogóle piątek to była jedna wielka katastrofa: Tadzio nie spał, tylko wisiał przy piersi z wrzaskiem, Andrzejek marudził i stawał okoniem, pralka odmówiła posłuszeństwa( na szczęście wieczorem udało się ją naprawić, a ja rozbiłam sobie palec i przypiekłam na słoneczku ręce. I parę razy straciłam cierpliwość do starszaka. Zresztą, i wczoraj i dzisiaj też mi się to udało. Przesilenie wiosenne dało o sobie znać. Jestem niewyspana(normalka przy dwumiesięcznym niemowlęciu), rozdrażniona, nie mieszczę się w żadne ciuchy(a na zakupy czasu brak). Do tego na mojej głowie dom, marudny prawie trzylatek(dzięki Ci Boże za naszą nianię), niemowlak głodomór(którego nie umiem poprawnie zachustować i ciągle do niego biegam), przygotowania do chrzcin(jak zwykle logistyka w tym domu to moja działka). W lustro strach czasem spojrzeć, pranie czeka na prasowanie, pralkę udało się naprawić, więc za chwilę będą następne ciuchy do prasowania. Pogadać z kim nie ma. Nawet na spacer trudno wyjść, bo za oknem potop. Może szaleństwo w kuchni trochę mnie pocieszy. Mam ochotę zjeść coś dobrego na obiad.
A teraz ten katar. A właściwie kataklizm. Kompletnie zatkany nos, wrzask przy próbie porządnego oczyszczenia, wielkie i głośne NIEEEEE dla dmuchania w chusteczkę, niechęć do jedzenia i zabawy, wielka chęć do płakania i marudzenia. KATAKLIZM. Mam nadzieję, że kataklizm nie przeskoczy na młodszego.
W ogóle piątek to była jedna wielka katastrofa: Tadzio nie spał, tylko wisiał przy piersi z wrzaskiem, Andrzejek marudził i stawał okoniem, pralka odmówiła posłuszeństwa( na szczęście wieczorem udało się ją naprawić, a ja rozbiłam sobie palec i przypiekłam na słoneczku ręce. I parę razy straciłam cierpliwość do starszaka. Zresztą, i wczoraj i dzisiaj też mi się to udało. Przesilenie wiosenne dało o sobie znać. Jestem niewyspana(normalka przy dwumiesięcznym niemowlęciu), rozdrażniona, nie mieszczę się w żadne ciuchy(a na zakupy czasu brak). Do tego na mojej głowie dom, marudny prawie trzylatek(dzięki Ci Boże za naszą nianię), niemowlak głodomór(którego nie umiem poprawnie zachustować i ciągle do niego biegam), przygotowania do chrzcin(jak zwykle logistyka w tym domu to moja działka). W lustro strach czasem spojrzeć, pranie czeka na prasowanie, pralkę udało się naprawić, więc za chwilę będą następne ciuchy do prasowania. Pogadać z kim nie ma. Nawet na spacer trudno wyjść, bo za oknem potop. Może szaleństwo w kuchni trochę mnie pocieszy. Mam ochotę zjeść coś dobrego na obiad.
piątek, 5 kwietnia 2013
Inaczej
Ostatnio mamy intensywny okres. Najpierw mnóstwo zaległych wizyt lekarskich Starszaka, teraz niekończąca się runda z Młodszym. Chwila spokoju tylko przy usypianiu Młodszego. Czasem trudno mu się zasypia. Wtedy lubi głaskanie po główce. Siedziałam sobie przy łóżeczku, głaskałam maluszka po główce i myślałam jak bardzo inaczej odbieram moje macierzyństwo z Tadziem. Z Andrzejkiem na początku było bardzo trudno. I wcale nie dlatego, że był jakoś szczególnie wymagający, bo nie był. Zero kolek, dwie pobudki w nocy na karmienie, a kiedy kupiliśmy matę edukacyjną, okazało się, że umie się trochę bawić sam, a miał 4 miesiące. To ja byłam problemem. Najpierw poród. Był szybki, jak się okazało, za szybki. Bezmyślne użycie oksytocyny przez położną nasiliło skurcze, tylko że ani ja, ani maluch nie byliśmy na to gotowi. Rezultat - liczne pęknięcia, oczywiście nacięcie obowiązkowo i duża utrata krwi. Do tego zero intymności - wokół mnóstwo ludzi wcale nie związany z moim porodem. Sala wyglądała jak dyżurka położnych. Po porodzie szycie. I absolutny zakaz picia i jedzenia. Myślałam, że umrę z pragnienia. Potem problemy z karmieniem. Miałam sobie radzić sama, choć to moje pierwsze dziecko. Pokarmu bardzo mało, nic dziwnego jak ktoś jest bardzo odwodniony. I położna laktacyjna, która jak już po wielu prośbach przyszła, to uparła się, że mam karmić na siedząco (ciekawe jak przy bardzo obolałym kroczu), potem obejrzała synka, stwierdziła, że leniuszek i nie umie się przyssać. Co z tym zrobić już nie powiedziała. Karmiłam go piersią 10 miesięcy tylko dzięki uporowi i wsparciu mojego męża. Oczywiście pomocy przy obsłudze dziecka też nie można było się doprosić. A potem wielkie zdziwienie, że chcę wyjść do domu już w drugiej dobie, z bardzo dużą anemią i kompletnym brakiem sił. A w domu - z jednej strony ulga, z drugiej strach, niewiedza, zmęczenie, poczucie uwiązania do małej, tak bardzo zależnej ode mnie istotki. I problemów ze szwami ciąg dalszy. Nikt się mnie nie poinformował jak o nie dbać. Zaczęły się rozchodzić, wdał się stan zapalny. Na wizycie kontrolnej w szpitalu położna stwierdziła tylko, że muszę lepiej o nie dbać. To było w piątek. W poniedziałek jakiś bardzo "uprzejmy" lekarz nawrzeszczał na mnie, że jak tak dalej pójdzie to będzie trzeba szyć od nowa. Na szczęście ginekolog prowadzący moją ciążę znalazł inne rozwiązanie. Ale cała ta sprawa ciągnęła się 10 tygodni i kosztowała mnie mnóstwo bólu. Do tego jeszcze wszechobecne rady, wszyscy wiedzieli lepiej, co powinnam robić. I konflikt z moją mamą, którą poprosiliśmy o pomoc, a która chciała koniecznie być w centrum naszej uwagi. I obraziła się na mnie, gdy tak nie było. Cała ta historia "pomogła" przejściu baby bluesa w depresję poporodową. Obyło się bez leczenia farmakologicznego, ale kilka miesięcy trwało dojście do siebie. I przez te miesiące nie umiałam cieszyć się moim ślicznym, zdrowym synkiem.
Z Tadziem było zupełnie inaczej. Poród w spokojnej intymnej atmosferze. Nie popędzany przez nikogo, choć bardzo szybki 2,5 h), w najwygodniejszej dla mnie pozycji. Znowu miałam założone szwy (stare blizny nie wytrzymały), ale powiedziano mi dokładnie jak je pielęgnować i kiedy się niepokoić. Położne, które pomogły zająć się maluszkiem, gdy ja padłam na nos (anemia i gwałtowne wahania cukru w krwi). Pomoc przy karmieniu piersią. I dokładne badania maluszka. Mały ma zrośnięte paluszki u rąk. Ze względu na to miał dodatkowe badania. Dostałam też od razu skierowanie do odpowiedniej poradni z telefonem i adresem.
Kiedy wróciliśmy do domu, choć hormony szalały i doskwierało poczucie winy, że nie mam tyle czasu dla starszaka, czułam się o niebo lepiej niż przy pierwszym synku. I nadal tak jest. Szkoda że za pierwszym razem tak nie było.
Z Tadziem było zupełnie inaczej. Poród w spokojnej intymnej atmosferze. Nie popędzany przez nikogo, choć bardzo szybki 2,5 h), w najwygodniejszej dla mnie pozycji. Znowu miałam założone szwy (stare blizny nie wytrzymały), ale powiedziano mi dokładnie jak je pielęgnować i kiedy się niepokoić. Położne, które pomogły zająć się maluszkiem, gdy ja padłam na nos (anemia i gwałtowne wahania cukru w krwi). Pomoc przy karmieniu piersią. I dokładne badania maluszka. Mały ma zrośnięte paluszki u rąk. Ze względu na to miał dodatkowe badania. Dostałam też od razu skierowanie do odpowiedniej poradni z telefonem i adresem.
Kiedy wróciliśmy do domu, choć hormony szalały i doskwierało poczucie winy, że nie mam tyle czasu dla starszaka, czułam się o niebo lepiej niż przy pierwszym synku. I nadal tak jest. Szkoda że za pierwszym razem tak nie było.
Subskrybuj:
Posty (Atom)