sobota, 31 maja 2025

Weekendzik

Ostatni post był bardzo dawno. 

Po nim nastał bardzo trudny rok. Złe samopoczucie Mamy, remont naszego mieszkania, ostatnia klasa Starszego, bardzo słaba sytuacja w klasie Młodszego i coraz bardziej roszczeniowi klienci w pracy. 

Wydarzyło się w nim tak dużo, że bezsprzecznie awansował do grona najtrudniejszych.

W październiku sytuacja z Mamą wróciła do względnej równowagi, zmiany po remoncie zostały oswojone, za to ja przewróciłam swoje życie zawodowe do góry nogami i zmieniłam pracę. Z apteki przeszłam do hurtowni, na nowe stanowisko, z nowymi obowiązkami. Do tego w firmie trwały przygotowania do wdrożenia nowego systemu operacyjnego i otwarcie nowego miejsca.

W tym wszystkim szkoliłam się w dwóch systemach operacyjnych, poznawałam specyfikę pracy w dziale jakości i stopniowo przejmowałam nadzór nad magazynem środków kontrolowanych. Co najmniej raz w tygodniu zadawałam sobie pytanie, co ja tam robię i co mnie o cholery podkusiło, żeby tak drastycznie zmienić swoje życie zawodowe.

W międzyczasie odkryliśmy przyczyny trudności w nauce u Starszego i, na szczęście, skutecznie zaczęliśmy działać. Wreszcie nauka zaczęła być skuteczna i pojawiły się konkretne sukcesy. A Starszak wyspokojniał i przestał nam stale chorować. 

Ponieważ w klasie Młodszego sytuacja pikowała w ekspresowym tempie i absolutnie nie zanosiło się na żadne zmiany (i tak jest do tej pory niestety), zdecydowaliśmy się na zmianę szkoły. Z ogromnej publicznej szkoły do malutkiej szkoły prywatnej. Z małymi klasami, z cichszymi przerwami, z nauczycielami którzy pracują z uczniami i dostrzegają ich potrzeby. 

Po zmianie Młodszy odżył, rzadziej skarży się na ból głowy. Nie narzeka na hałas i przede wszystkim nie przechodzi w tryb przetrwania w szkole. On w niej spędza czas.

Ja, po 8 miesiącach pracy, uważam, że decyzja o zmianie była jedną z najlepszych w ostatnim czasie. Mam świetny zespół. Bardzo dobrze współpracuje mi się z większością pozostałych pracowników. Praca daje mi szansę rozwoju, pozwala na dużą samodzielność i daje satysfakcję. Uczę się nie tylko programów, ale również asertywności, podejmowania decyzji, wyboru które sprawy są ważniejsze od innych. 

Do moich obowiązków między innymi należą szkolenia. Dzięki nim odkryłam, że bardzo lubię to robić, choć wydawało mi się to trudne.

Ten rok też jest intensywny. Dużo wyzwań w pracy, egzaminy Starszak, przygody z uzyskaniem orzeczenia dla Młodszego, intensywna nauka angielskiego, bo w pracy jest mi potrzebny oraz moje różne zdrowotne przygody. Cóż chyba nudne życie nie jest nam pisane.

Dziś, po raz pierwszy od nie wiem kiedy jesteśmy na wyjazdowym wypadzie. Wybraliśmy się do Łodzi. Od nas to 1,5 h jazdy samochodem. Blisko na tyle żeby wyjechać w piątek po pracy i nie dojechać w nocy.

Dziś byliśmy w Orientarium. Było ciekawie,  choć spodziewałam się chyba czegoś większego. Ale akwaria były piękne. Uwielbiam patrzeć na te wszystkie rekiny płaszczki i inne wodne zwierzęta. Oprócz akwariów moje serce skradły pająki ptaszniki i wyderki. Te ostatnie wybitnie przypominają mi naszego kota. 
Najśmieszniejsze były jednak pingwiny, a właściwie jeden pingwin. Szedł sobie powolutku, kiwając się na boki, aż doszedł do swojego celu - niedużej dziury czy nory. Podszedł do otworu i tak śmiesznie kicnął do góry jak kangur. Wyglądało to przezabawnie.

Po wizycie w Orientarium podjechaliśmy w pobliże Muzeum Włókiennictwa. Najpierw obiad we włoskiej restauracji, gdzie każdy znalazł coś dla siebie (np. pyszną pizzę ze szparagami). A potem do Muzeum. 

Samo muzeum jest bardzo ciekawe, choć przydał by się nam przewodnik. Były i niezwykłe maszyny, i historia Łodzi, i moda na przestrzeni lat.
Największe wrażenie zrobił na mnie pokaz maszyn tkackich. Pracownik trochę nam opowiedział o pracy w tamtych czasach ( koniec XIX - początek XX wieku). I nie była to przyjemna opowieść. 10-16 h pracy przez 6 dni w tygodniu, w huku maszyn, w cieple i wilgoci, bez żadnych zabezpieczeń. Płaca niezbyt duża. 
A potem włączył krosna, tylko dwa. Hałas był niemiłosierny. A to były tylko dwie maszyny. Na hali potrafiło być od 300 do nawet 1000 takich maszyn.
Trudno mi sobie wyobrazić jak ówcześni pracownicy byli w stanie pracować w takich warunkach.

Po muzeum chwilę w parku miejskim, deser i powrót do hotelu.
A teraz chłopaki oglądają finał Ligi mistrzów a ja w końcu wracam do pisania.

środa, 17 stycznia 2024

Spokój

 Ferie zimowe, w górach, ze śniegiem, na nartach i spacerach... 

Przez tydzień nie gotuję, nie sprzątam za bardzo... 

Spędzamy czas ze sobą, sporo rozmawiamy... 

Taki reset po intensywnej jesieni i przed równie intensywną wiosną. Za nami bardzo dużo wyzwań. 
Jesienią odporność Starszaka poszybowała w dół. Chorował miesiąc w miesiąc. Niby niezbyt mocno, ale do szkoły się nie nadawał. Przez to miał masę zaległości i ostatni sprawdzian pisał tuż przed 6 stycznia. 
Pojęcia nie mam czemu choruje tak często. Lekarze zresztą też nie. Staram się zgodnie ze swoją wiedzą go wzmocnić. 

Młodszy w czwartej klasie radzi sobie całkiem nieźle. Trochę trzeba jeszcze popracować nad czytelnością pisma. Terapie przynoszą efekty, koncentracja lepsza, pamięć też. Jest też jeden kolega, jakiś progres w relacjach się pojawił. 
Choruje mniej, odczulanie przynosi efekty. 

Moje zdrowie ostatnio trochę gorsze. Jakiś paskudny wirus mocno dał mi w kość przed Świętami i po. Doszłam w końcu do siebie, ale długo to trwało. 
Praca też daje mi mocno w kość. Zmiany przepisów, nieprzemyślane i niedopracowane powodują bałagan. Klienci coraz bardziej roszczeniowi i zwyczajnie niewychowani, żeby nie użyć bardziej dosadnych słów. Lubię swoją pracę, ale gdybym miała zaczynać od nowa z pewnością nie wybrałabym już tego zawodu. 

Oprócz tego pojawiły się nowe wyzwania, pochłaniające mój czas i energię w bardzo dużym stopniu. Muszę znaleźć jakieś rozwiązanie, które mi pozwoli zachować równowagę. Inaczej znów będę jechać na oparach i zapłacę najwyższą cenę - swoim zdrowiem. Ech, trudne to wszystko. 

Dlatego tak bardzo cieszę się naszym krótkim wyjazdem. Czasem na odpoczynek, fizyczny, psychiczny i umysłowy. Nawet jeśli nie wszystko idzie po naszej myśli. 

wtorek, 19 września 2023

Wrzesień

Ciepło, nawet bardzo ciepło jest nadal.
Tylko zupełnie inne światło świadczy o tym, że to już wrzesień a nie np. czerwiec.
Cieszę się z tego ciepła, bo nadal mogę jeździć do woli na rowerze (jak mam czas). Mogę w ten sposób przewietrzyć głowę, nabrać dystansu do życia i energii do działania.
Bo oczywiście dzieje się u nas.....

Starszy od soboty choruje. Taki tam katar, kaszel, ból głowy. Ot jesienna infekcja... Siedzi w domu kolejny dzień, narzeka na ilość nadrabiania, nudzi się niemiłosiernie. Szkoda, że przepadnie mu wycieczka klasowa, ale do czwartku nie wyzdrowieje na pewno.

Młodszy jakoś ogarnia czwartoklasową rzeczywistość. Niełatwą rzeczywistość, bo dzieje się dużo.
Nowi nauczyciele, nowe przedmioty, zajęcia terapeutyczne w szkole i poza szkołą. I basen jako zajęcia dla przyjemności, bo trudno żyć tylko terapiami.

Ja tonę na zmianę w nadmiarze i braku. Brakuje mi czasu (doba spokojnie mogłaby być dwa razy dłuższa), cierpliwości, jasnych i zwięzłych informacji, silnej woli i ciszy.
W nadmiarze za to mam ilość rzeczy do zrobienia na już i na jutro, wiadomości z Librusa, maili szkolnych, wiadomości na temat zmian dotyczących mojej pracy.

Dobrze, że mogę choć czasem zostawić ten cały kołowrotek, urwać się na rower i jechać przed siebie. Skupić się na drodze, kolorach, zapachach, szybkości. Czuć się wolna od nadmiaru i braku. Być tu i teraz. Tak bardzo jak tylko to możliwe zanurzyć się w teraźniejszości. Bez zastanawiania się, co będzie dalej i czy wszystko zrobiłam. Podziwiać słońce przesączające się przez chmury, czuć wiatr niosący zapachy września. I w głowie słyszeć muzykę, taką która kojarzy mi się z wolnością, przestrzenią.... 


piątek, 28 lipca 2023

Urlopowy luz

Ciepło, powietrze pachnie solą i..... warzywnym gulaszem. 
Cudownie ciepła woda do kąpieli. 
W tym roku mamy własny Sup, więc odkrywamy Żulijanę od morza. 
Pełen luz. 

sobota, 24 czerwca 2023

Wakacje czas zacząć

Kwiecień upłynął jakoś tak niezauważalnie.
Wielkanoc spędziliśmy u Dziadków Grabowskich, przepracowałam dwie soboty, załatwiałam coś tam dla Mamy.
I dopinałam szczegóły i szczególiki do dwóch dużych uroczystości majowych

A od połowy maja zaczął się u nas istny bieg przez płotki. 

Maj to I komunia Młodszego. To próby, ostatnie przygotowania do uroczystości, dopinanie wszystkich drobiazgów (obiadu, strojów, tortu, transportu, zdjęć)..... Masa rzeczy do zapamiętania, załatwienia, dogrania itp.
Sama uroczystość przebiegła bez zakłóceń, zdjęcia z rodziną się udały, obiad przebiegł w miłej, odświętnej atmosferze.

Maj to I komunia mojej Chrześnicy. Na szczęście u niej uroczystość była w niedzielę. Więc po imprezie u nas, następnego dnia wskoczyliśmy w samochód i pojechaliśmy na kolejną imprezę.
Uroczystość piękna, obiady bardzo udany, spotkanie z szeroko pojętą rodzina całkiem, całkiem...

Kolejny weekend to pracująca sobota i niedziela spędzona na pikniku dla Bezdomniaków Żabiowolskich (od nich mamy naszego Lucka).
Więc z jednej strony masa pracy w pracy, z drugiej strony bardzo przyjemna niedziela.

I zaczął się czerwiec

A jak czerwiec to.... 

Wycieczka Młodszego i paitball laserowy Starszego z okazji Dnia Dziecka

Impreza w weekend oczywiście!! Tym razem wesele w rodzinie Męża, więc wyjazdowe.            A zatem znowu: logistyka, bo co z dziećmi, przecież na wesele ich nie weźmiemy, prezent, stroje, samochód ogarnąć, nie wypada brudnym jechać.....                                                        
Sam ślub i wesele bardzo nam się podobały. Ładny kościół, Państwo Młodzi wyglądali pięknie, na weselu bawiliśmy się znakomicie.        Jedyny ból to odległość od domu.

"Teścik trzecioklasisty" - Młodszy podszedł do niego bardzo poważnie i był bardzo dumny ze swojego wyniku. Powiedział mi też, że na coś się przydało ćwiczenie pisania z pamięci. Myślałam, że się przewrócę z wrażenia, bo pamiętam ile nas kosztowało przekonanie do tych ćwiczeń Młodszego.

Urodziny kolegi Młodszego, bawił się wspaniale, przyjechał padnięty jak mucha. Wcześniej sam zadbał o prezent.

Wypad z kotem do weterynarza, bo odrobaczanie. Przy okazji okazało się, że nasz kot ma jakiś stan zapalny krtani, a to oznacza badanie, zastrzyk i kolejną wizytę. Biedny Lucek znów udawał, że go nie ma. Najchętniej nie wyłaziłby z transportera i zakopał głęboko w kocyk.
Na szczęście kotowaty ładnie łyka każdą tabletkę, dobrze schowaną w mokrej karmie, więc choć w domu leczenie przebiegało w miarę bezstresowo.

Kolejny weekend pracujący, choć z przerwą na Boże Ciało.
Sobota w pracy, potem telefony i rozmowy z fochującą ostatnio moją Mamą.
Zakupy kosmetyczne i ostatnie pranie...
Niedziela to spokój i wycieczka rowerowa. I jeszcze pakowanie na zieloną szkołę Starszego i przygotowania do różnych atrakcji końcowych u Młodszego. 

Kolejny weekend wolny w pracy ale.... obfity w inne ważne wydarzenia: wizyta chłopaków u mojej Mamy, nasza rocznica ślubu i urodziny Starszaka dla kolegów.
Więc zakupy na imprezę dla Starszaka, pranie po zielonej szkole, transport do Babci (bo wodę trzeba zawieźć), sprzątanie chaty. A potem bardzo przyjemny wieczór z Mężem.
Niedziela to impreza chłopaków. Ja poza obiadem i zaplanowanie następnego tygodnia nie robiłam nic.

Ostatni tydzień to.....
Wizyty u lekarza, bo Starszy na urodzinach zaliczył stłuczkę z kolegą z jednej strony i ze ścianą z drugiej. Trzy dni bolały go oba boki i plecy, trzeba było sprawdzić czy wszystko OK.
Piknik u Młodszego, udał się Młodszy miło go wspomina.
Świętowanie rodzinne urodzin Starszego z lodami, goframi i innymi przyjemnościami.

I w piątek wreszcie dobrnęliśmy do zakończenia roku szkolnego.
 
Taktycznie wzięłam wolny dzień. I dobrze, bo działo się naprawdę dużo.
Najpierw uroczyste zakończenie roku u Młodszego. Młodszy zakończył trzecią klasę. Za nim pierwszy etap szkoły podstawowej. Przed nim nowe przedmioty, nowi nauczyciele, pewnie nowe wyzwania. Bardzo dużo zmian.
Było pożegnanie z Wychowawczynią, z salą w której spędzili mnóstwo czasu, z kolegami, choć niektórych pewnie spotkamy w wakacje.
Była też duma ze świadectwa i radość z fajnej książki na pamiątkę.

Potem zakręciłam się chwilę po domu i poszliśmy ratować przed deszczem Starszego i jego świadectwo.

Potem obiad, deser, odrobina lenistwa i ..... pakowanie na obóz.

Dziś rano wyściskany, wyprzytulany i pożegnany należycie Starszy pojechał na obóz.
Młodszy od poniedziałku zaczyna zajęcia Lato w mieście.

Oczywiście do tych wszystkich wydarzeń trzeba dodać moją pracę na zmiany, pracę Męża (dobrze, że zdalna), liczne choć nie zawsze planowane wizyty lekarskie, milion maili do przeczytania, wiadomości w Librusie do ogarnięcia, SMS-ów i telefonów, zwyczajne ogarnianie domu (bo i jeść trzeba i sprzątanie by się przydało, o praniu i prasowaniu nie mówiąc) i masę innych spraw niedużych ale konieczych.

Generalnie druga połowa maja i czerwiec są u nas obfite w wydarzenia, ale w tym roku było tego tak dużo, że naprawdę się cieszę na myśl o wakacjach.
Pewnie, że większość rzeczy nadal trzeba będzie ogarniać, ale przynajmniej nie będzie lekcji do odrabiania, zeszytów i innych różności do kupienia, zajęć dodatkowych, terapeutycznych i innych....
Trochę luzu przyda się nam wszystkim.
 
Zatem wakacje czas zacząć!!!!

niedziela, 2 kwietnia 2023

Liw - zamek książąt mazowieckich

 Niniejszym sezon na wycieczki uznaję za rozpoczęty.

Z okazji wiosny (przynajmniej kalendarzowej i astronomicznej) w poprzednią sobotę wyruszyliśmy na wycieczkę.
Decyzja spontanicznie podjęta w piątek późnym wieczorem, wybór padł na Liw i muzeum - zbrojownię w zamku książąt mazowieckich, około godziny drogi samochodem od Warszawy. W sam raz na spontaniczną wycieczkę.

Zamek położony nad rzeką Liwiec, ma całkiem ciekawą historię. Zbudowany w XV wieku na sztucznej wyspie otoczonej bagnami rzeki Liwiec, na granicy księstw: litewskiego i mazowieckiego. Przez jakiś czas pełnił ważne funkcje obronne.
Został spalony w czasie potopu szwedzkiego.
Przed drugą wojną światową ruiny zostały upaństwowione i zamierzano go odbudować. W czasie II wojny niemieckie władze zdecydowały o rozbiórce ruin. I tu na scenę wkroczył polski archeolog Otto Warpechowski, który jakimś cudem przekonał niemieckiego zarządcę tych ziem, że zamek został wzniesiony przez Krzyżaków. Miał chyba niezwykły dar przekonywania. Dość, że rozpoczęto odbudowę ruin na koszt III Rzeszy - jako dziedzictwo niemieckie!!!
Odbudowa stanęła w 1944 roku, Warpechowski zginął tragicznie rok później.
Po wojnie pod naciskiem lokalnej społeczności renowację ukończono. obecnie jest tam muzeum - zbrojownia, jako nawiązanie do militarnego znaczenia zamku z czasów księstwa mazowieckiego.

Samo muzeum jest niesamowite. Posiada całą masę przeróżnych rodzajów broni. Od średniowiecznych hakownic, przez muszkiety, pistolety skałkowe, karabiny odtylcowe do broni współczesnej z I i II wojny światowej.
My, zupełnie spontanicznie, zagadnęliśmy przewodnika, który nadzorował sale i wysłuchaliśmy wspaniałego wykładu o różnych rodzajach broni, formacjach wojskowych, taktykach wojennych.
To było niesamowite. Ogrom wiedzy z jednej strony, umiejętność przekazania jej w przystępny dla laika (to ja) z drugiej strony. Spędziliśmy tam co najmniej 1,5 godziny.
Przy okazji przekonałam się, jak duże jest zainteresowanie moich synów militariami. Wykazywali się całkiem dużą znajomością tematu.

Oprócz wystawy militarnej obejrzeliśmy również czasową wystawę o Mikołaju Koperniku. I znów dzięki naszemu przewodnikowi dowiedzieliśmy się wielu interesujący rzeczy. Np. tego, że Mikołaj Kopernik był praktykującym lekarzem, choć bez oficjalnego tytułu. I że wcale nie był duchownym, choć ubierał się jak duchowny i pracował dla Kościoła.
Fascynująca wystawa.

Zwiedziliśmy również basztę zamkową. Ma wspaniały widok na okolicę. Tam można się przekonać o walorach strategicznych tego zamku.
Z zamkiem jest związana legenda o żółtej damie. I o diable co złota pilnował.

Po zwiedzeniu zamku, przenieśliśmy się do Węgrowa na przepyszną i olbrzymią pizzę (pizzeria Trzech Braci - polecamy) i deser.
A na koniec wycieczki wjechaliśmy jeszcze na Górę Sowią - najwyższy punkt w okolicy. Roztacza się  stamtąd wspaniały widok na Liwiec - rzekę nizinną, krętą i płynącą raczej leniwie.
Podsunęła nam ona pomysł na wycieczkę w lecie - spływ kajakowy rzeką Liwiec. W sam raz na weekendowy wypad.




 

wtorek, 21 marca 2023

Przedwiośnie

Grudzień ubiegłego roku przeczołgał nas chorobowo.
Ostatni mój wpis jest z połowy grudnia. Wtedy jeszcze byliśmy zdrowi. Kilka dni później, jak domino, po kolei chorowaliśmy, chorowaliśmy i chorowaliśmy.
Gdyby nie te pierniczki, powtórzone zresztą w łagodniejszym okresie chorowania, na Święta nie byłoby u nas żadnych słodkości.
Mieliśmy spędzić Wigilię z moją Mamą, nie spędziliśmy. Ja leżałam z grypą, chłopcy zdrowieli z grypy, Mąż miał anginę (która ujawniła się dużo później). 
Mama też się rozchorowała i w sumie u niej ciągnie się to po dziś dzień. Jakiś przewlekły stan zapalny zatok. Niby wszystko idzie ku dobremu, ale co 2 - 3 tygodnie objawy wracają. Mama uziemiona w domu (bo pogoda typowa dla przedwiośnia) i zła. Ja zmęczona, bo zakupy trzeba zrobić, do lekarza zawieźć, na duchu trochę podnieść. A wszystko w trakcie zwykłego tygodnia pracy.
 
Mieliśmy pojechać do Dziadków Grabowskich - odwiedziliśmy ich dopiero w styczniu, jak już trochę nabraliśmy sił.
Mnie po raz pierwszy od bardzo dawna dopadła typowa grypa z powikłaniami zatokowymi na dodatek. Byłam na zwolnieniu 2 tygodnie, z czego tydzień przeleżałam plackiem.
Żeby było ciekawiej, w grudniu zmieniłam pracę, dość spontanicznie i zaczęłam nową pracę od..... zwolnienia lekarskiego.
W pracy zresztą wycięło na zwolnienie połowę personelu. 

Styczeń był trochę spokojniejszy. Chorowali chłopcy, niezbyt długo na szczęście.
Wtedy właśnie odwiedziliśmy Dziadków i po raz pierwszy zostawiliśmy naszego kota na weekend samego. Zniósł to całkiem dobrze.
Poza tym próbowałam czasem lepiej, czasem gorzej zaaklimatyzować się w nowej pracy.
Generalnie słabo znoszę zmiany. Długo się przyzwyczajam do miejsca, ludzi, zasad i zwyczajów.
Do tego nowe miejsce to nowe wyzwania zawodowe. I to znowu jest dobre, bo się rozwijam i niewygodne, bo trzeba poczytać, poszperać, uczyć się podejmować decyzje na swój rachunek.
Obowiązków dostałam sporo. A to mnie nauczyło gospodarowania czasem, ale też asertywności. Jestem jedna, na raz mogę dobrze zrobić tylko jedną rzecz.

Luty to ferie zimowe, częściowo spędzone w domu, a częściowo na Podlasiu.
W domu leniuchowaliśmy śpiąc do 9.00 (w pracy wzięłam tylko popołudnia), jedliśmy dobre rzeczy, czytaliśmy, graliśmy w gry.
Chłopcy samodzielnie wybrali się komunikacją miejską do Babci Warszawskiej. 

A na Podlasiu.... Odpoczywaliśmy, bawiliśmy się dobrze, trochę zwiedzaliśmy okolicę bliższą i dalszą.
Próbowaliśmy nowych rzeczy - chłopcy zamarzyli sobie sesję paintballa laserowego. 
Byliśmy też w prawosławnym sanktuarium na Górze Grabarce.
Cerkiew zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Choć jest stosunkowo nowa - z lat 90 XX wieku. Oryginalna drewniana z XVIII wieku została podpalona. Widać komuś przeszkadzała.
Odbudowano ją w 1990 i przez 8 czy 9 lat wykańczano każdy detal, malowidło, zdobienia drewniane.
Ogrom pracy włożony w ozdobienie wnętrza robi ogromne wrażenie.
Przy okazji dowiedzieliśmy się też kilku rzeczy o nabożeństwie w cerkwi i innych związanych z prawosławiem sprawach. Dlatego tak lubię zwiedzać z przewodnikiem. Zupełnie inne wrażenia.

U Dziadków świętowaliśmy 10 Urodziny Młodszego! I to jak świętowaliśmy. Zaczęliśmy w
niedzielę (dzień przed), kontynuowaliśmy w poniedziałek (właściwy dzień urodzin) i dokończyliśmy we wtorek (bo Ostatki).

Przez cały czas pobytu na feriach padało (śnieg, śnieg z deszczem, deszcz.) Tylko w dzień wycieczki, jak na zamówienie wypogodziło się, wyszło słońce.

W lutym również przeprowadziliśmy remont łazienki w mieszkaniu, które odziedziczyłam w spadku.
Nie znoszę remontów!!!!! Tego mierzenia, wybierania, kupowania, pamiętania o trylionie rzeczy, które trzeba kupić, wymienić, wybrać, przywieźć.....
No nie lubię i już.
Ale łazienka wymagała natychmiastowej interwencji, a że obecnie mieszka tam człowiek, który pracuje remontując i wykańczając pomieszczenia to żal było z tego nie skorzystać. Teraz łazienka wygląda znakomicie. I trzeba pomyśleć o dalszym remoncie, bo kuchnia potrzebuje go bardzo pilnie. Pokój i przedpokój też. Więc wkrótce znowu będzie mierzenie, planowanie, wybieranie, kupowanie, pamiętanie o milionie rzeczy....

W końcu nadszedł marzec... miesiąc szalonej pogody, przedpokoju z mnóstwem kurtek i butów, porządkowania szaf z wiosennymi ubraniami, jakiś tam planów na większe, wiosenne porządki. Tak plany są, zobaczymy jak pójdzie z ich wykonaniem.
Na razie przejrzałam szafy chłopaków, jednak przy kilkunastu stopniach w zimowych butach i kurtkach jest już za gorąco. Poza tym Starszy wszedł w fazę "rosnę szybko, a moja stopa jeszcze szybciej", więc zakupy będę robić dużo częściej. Do tego Starszak jest bardzo szczupły, więc kupienie spodni (a kocha tylko dresy, które nie zjeżdżają z tyłka) graniczy z cudem.
Mnie też naszło ostatnio na sukienki, spódnice, buty na obcasie. No wiosna jak się patrzy.
Trzeba  zrobić porządki w szafie.

Na początku marca Młodszy robił urodziny dla kolegów z klasy. Tym razem na kręglach. Zabawa była przednia. A Młodszy mimo wszystko jakieś interakcje z klasą ma. Bawił się razem z nimi, a nie siedział ze mną i z dorosłymi.

Ciągnie mnie też na jakąś wycieczkę poza miasto. Najlepiej całodniową. Żeby pobyć na powietrzu, poszukać zaliczek na liście na drzewach, posłuchać ptaków, odżyć trochę po tej męczącej zimie. No zobaczymy, może najbliższy weekend okaże się łaskawy...

A na koniec.....

Grudzień i część stycznia spędzaliśmy głównie tak:




A teraz z nadejściem wiosny mam ochotę spędzać czas tak:


A na dowód, że na Podlasiu w ferie zimowe śnieg był:







środa, 30 listopada 2022

Nie ma nudy

 Jak w tytule, nie ma nudy.... 


Tydzień temu zmieniliśmy karmę Luckowi, żeby sprawdzić która będzie lepsza.
Po zmianie karmy kot zaczął przypominać balonik. Potem przestał jeść, broić i przespał po łóżkiem cały dzień. Jak wróciłam wieczorem z pracy to spakowałam kota do kontenerka i pojechaliśmy do weterynarza. 
Tam najpierw kota zbadano (tzn. wygolili kotu kawałek brzucha i wysmarowali żelem do USG - z kociego punktu widzenia istny skandal), potem kot dostał dwa zastrzyki, probiotyk, specjalną karmę i zaproszenie na kolejne zastrzyki. Jeździliśmy tam dwa dni. Do dziś kot na widok mnie w kurtce zwiewa co sił w nogach. 
Kot po wizytach obrażał się na mnie na pół dnia, a potem znów przyłaził i pakował mi się na kolana. 
Zrobiliśmy przy okazji badania i okazało się, że kot wymaga odrobaczania, więc przez 6 dni kombinowałam, jak mu podać tabletki bez przemocy. 
Trzeba też znów zrobić badania, może znów odrobaczać, zaszczepić kota na wściekliznę i wykastrować. Rozpiskę mam na dwa miesiące wprzód.
A kot po powrocie do pierwszej karmy poczuł się znowu świetnie. Co rano pędzi do miski jakby się paliło. Bawi się wszystkim co mu wpadnie w łapki. Śpi z nami lub u chłopaków. Słowem zdrowy, szczęśliwy kot. 

Młodszy w listopadzie zaczął odczulanie. 
Co roku brzoza wyklucza go na kilkanaście dni z życia, więc w końcu zdecydowaliśmy się na immunoterapię. 
Najpierw okazało się, że Młodszy ma jakąś niemą infekcję. Tylko ślady w gardle na nią wskazywały. Odczekaliśmy tydzień. W dzień odczulania T był tak rozemocjonowany, aż go mdliło i bolała go głowa. Napędził pani alergolog strachu nie lada. Na razie jednak dobrze toleruje dawki szczepionki. Na szczęście również nie choruje. Ale o rozpisce na trzy lata wprzód pamiętać trzeba.
Oprócz tego stałe leki, dieta pod problemy z tarczyca itp. 

Starszy to nastolatek, więc i problemy jak z nastolatkiem. Widać po nim, że dojrzewanie dużo go kosztuje fizycznie. Jak nie głowa boli, to mięśnie, stale mu się chce spać. Jeśli dodamy do tego fakt, że w szkole trzeba się jednak uczyć, to mamy prawdziwą mieszankę wybuchową.

A moja praca to w ogóle temat, którego lepiej nie tykać
Także nie ma nudy.



wtorek, 8 listopada 2022

Nowy....

 Mamy nowego mieszkańca w domu.... 



Przywieźliśmy go do nas w niedzielę wieczorem. 

Dziś nadrabia zaległości w jedzeniu, figlach i głaskaniu. 

Na imię ma Lucek. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Odpoczywamy...

 Żuljana, nasz mały raj na ziemi. 

Za każdym razem kiedy tu przyjeżdżamy, pojawia się coś nowego. Boisko z lepszym zabezpieczeniem z siatki, nowe miejsca do jedzenia, dmuchańce do szaleństwa wodnego. 

Czasem te zmiany są dla nas ważne, czasem mniej. 

Na szczęście są rzeczy, które się nie zmieniają. 

Nasza kwatera, tak samo wygodna jak rok temu. Cudowne plaże z przejrzystą wodą do pływania i podglądania podwodnego świata. Piekarnia z najlepszym pieczywem, stragany z warzywami i owocami. 

Jesteśmy tu po raz czwarty, więc czujemy się trochę jak u siebie.

Dobrze jest mieć takie miejsce, gdzie głowa może odpocząć.



czwartek, 18 sierpnia 2022

Przedwyjazdowo

             Nie było mnie tak długo, że nie wiem od czego zacząć ;) Zatem krótko i do rzeczy. Zmiana goni zmianę. 
           
           Starszy jest już nastolatkiem, więc i wszystkie uroki nastolatkowości mamy na tapecie (humory, nastroje zmienne jak woda w morzu, własne decyzje itp.). Pełna paleta barw. Z jednej strony daje nam w kość, z drugiej to mądry, młody człowiek, empatyczny, odpowiedzialny i samodzielny. To my musimy się do tej samodzielności przyzwyczaić, dać przestrzeń na własne wybory i decyzje.
          
         Młodszy..... Pisałam ostatnio o diagnozowaniu... Diagnoza jest - Młodszy ma zespół Aspergera. Niby widzieliśmy, że bardzo się różni od rówieśników, ale widzieć a mieć pewność to zupełnie inna historia. Staramy się więc o nowe orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. I tak stare jest tylko do końca trzeciej klasy, poza tym teraz będzie niepełnosprawność sprzężona. Wydawałoby się, że sprawa jest prosta: przynieść wszystkie zaświadczenia i diagnozy, to czego brakuje zrobić w poradni i już. Najwyżej pogodzić się z kilkumiesięcznym czekaniem na terminy. 
             Ale, ale zapomniałam!!! To przecież Polska, a w naszym kraju nic nie jest standardowo. Więc poradnie przerzucają się nami jak gorącym kartoflem, bo jedni mają za dużo dzieci pod opieką, a drudzy nie wystawiają orzeczeń w przypadku Aspergera, więc czemu mieliby wystawiać jakieś opinie. Nic to, że to nasza rejonowa poradnia. Która na dodatek palcem dla nas nie kiwa, bo wszystko do tej pory ogarniała szkoła. Rodzicu radź sobie sam. 
            Pisałam już kiedyś o tym, ale się powtórzę: W tym kraju rodzic dziecka niepełnosprawnego musi mieć pancerz najlepszego czołgu World of Tanks żeby się nie wkurzać za często, siłę rozjuszonego nosorożca żeby przebić się przez absurdy naszych przepisów, cierpliwość większą niż całkowita ilość wszelkiej wody na naszej planecie, upór ośli i spryt oraz inteligencję szczura. W innym przypadku pozostaje wygrać w totka miliony i mieć państwowy system pomocy w dużym poważaniu albo usiąść i walić głową o ścianę w nadziei, że cos mądrego do głowy wpadnie.
              Piszę więc dziś mail do dyrektora PPP w sprawie opinii logopedy i pedagoga dla mojego dziecka. I zobaczymy czy się łaskawie zgodzi czy nie.

                U mnie też zmiany, ponieważ postanowiłam wrócić na etat do pracy od października. Mam nadzieję, że wrzesień wystarczy do poukładania wszystkich puzzli rodzinnych. Jeśli nie, moje życie wejdzie na level hard.
                   O tym, że sprawy spadkowe ciągną się do tej pory i bynajmniej nie dlatego, że ja się obijam, nawet nie będę wspominać. To już jest level hard.

Kończę, bo jutro skoro świt wyjeżdżamy na urlop do Chorwacji. Przede mną mnóstwo rzeczy do ogarnięcia jak to przed wyjazdem.
Mam nadzieję, że Wam lato mija spokojnie i przyjemnie

czwartek, 31 marca 2022

Prawie kwiecień

Straszliwie długo mnie tu nie było.
Tak jak pisałam wcześniej, mnóstwo rzeczy czeka w kolejce do załatwienia, a doba ma tylko 24 godziny.
Luty zaczął się oddechem na narciarskich feriach zimowych.
Spędziliśmy je w tym samym miejscu co zwykle, w Białce Tatrzańskiej. 
Ten sam pensjonat, ten sam stok, znów spędziliśmy trochę czasu ze znajomymi a nasze dzieciaki miały szansę pobawić się razem. Nawet wypożyczalnia nart była ta sama.
Największą zmianą był fakt, że tym razem jeździliśmy na nartach bez instruktorów. Mąż i Starszak razem, ja i Młodszy razem. Odkryliśmy dwie nowe trasy w sam raz na nasze umiejętności. Było fantastycznie, choć pod koniec wyjazdu złapały mnie zatoki. Dawno tak bardzo nie bolała mnie głowa.
Drugi tydzień ferii spędziliśmy w domu, leniuchując, nadrabiając różne zaległości lekarskie i domowe. I oczywiście świetnie się bawiąc. 

Po feriach trzeba było wrócić do rzeczywistości. A rzeczywistość łatwa nie była, o nie.

Pierwsza sprawa - dokończyć podział spadku po Tacie.
Ile kosztował mnie ten podział, wiem tylko ja. 
Najpierw przedzierałam się przez sąd i sądowe ustalenia. Samo załatwienie dokumentów i przepchnięcie ich przez sąd trwało drobne 10 miesięcy - pandemia skutecznie przyhamowała działalność naszych sądów. Na odpis wyroku sądu czekałam 2 miesiące, bo zgubiono mój wniosek.
Potem ogarnianie dokumentów do US, które znowu trwało i trwało. Bo pan w banku nie wysłał, zapomniał, nie dołączył.... I tak przez 3 miesiące... 
Gdy wreszcie ogarnęłam US, z dwiema korektami, okazało się, pani w spółdzielni mieszkaniowej się pomyliła. I kolejna korekta do US.
Wreszcie gdy już niemal ogarnęłam niemal wszystkie niezbędne papiery, akcję zaczęła moja osobista Mama. I, kiedy po raz nie wiem który z rzędu wysłuchałam długiej litanii zarzutów i pretensji, stwierdziłam, że dosyć tego dobrego. Ograniczyłam kontakty z Mamą bardzo radykalnie. Dla własnego dobra, dla zachowania równowagi i ograniczenia niepotrzebnego stresu.
Dziś nasze relacje są poprawne, ale daleko im do bliskich.
Oczywiście dalsza rodzina nie omieszkała wtrącić swoich trzech groszy.
Kocham, no kocham te wszystkie dobre rady na temat liźnięty nieco i tylko z jednej strony. Więc trafił mnie szlag z jednej strony, z drugiej zaliczyłam dół wielkości Rowu Mariańskiego.
Z tej historii wynikła tylko jedna dobra rzecz. Nauczyłam się mówić NIE, wyrażać swoje zdanie GŁOŚNO i najpierw patrzeć na potrzeby moje i mojej najbliższej rodziny a potem na potrzeby innych. 

A potem, potem za naszą granicą wybuchła wojna. Wojna która jeszcze bardziej potrząsnęła moim światem. Światem przez który od trzech lat regularnie przechodzi tajfun zdarzeń. Najpierw trudna sytuacja rodzinna, potem pandemia, potem znowu zawirowania zdrowotne moje, dzieci, także innych członków naszej rodziny. Kiedy już się trochę pozbieraliśmy przyszły kolejne zawirowania rodzinne, zdrowotne. Potem chaos podatkowy, który ma ogromny wpływ na nasze decyzje finansowe. 
Niełatwo przetrwać taki czas bez płacenia wysokiej ceny za stres, za wysłuchiwanie miliona pretensji, za pogodzenie się ze specjalnymi potrzebami swojego dziecka, za zaakceptowanie w całości i kochanie ze wszystkich sił. Nie jest to łatwe dla nikogo. Ale jak się jest nadwrażliwcem, to płaci się podwójnie.
 
O diagnozie, z którą pogodzić się muszę, napiszę kiedyś. Jeszcze tego nie przetrawiłam.
Na razie robimy kolejne badania, zbieramy opinie i będziemy działać.

Jeśli zaś chodzi o urzędy i gubienie dokumentów to moja "znakomita" passa trwa nadal. Właśnie w spółdzielni mieszkaniowej zaginął dokument potwierdzający moje prawo do mieszkania. Zaginął pomiędzy kancelarią a działem zajmującym się własnością lokali...... 

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Nowy

Nowy miesiąc, nowy rok, nowe wyzwania....

Żyję, choć na razie nie mam ani zapału, ani czasu na pisanie. 
Tzn. czas jakoś podejrzanie mi się skurczył. 
Mnożą się rzeczy pilne i bardziej pilne do zrobienia. Z różnych względów zajmuje się nimi rano, dopóki Młodszy i Starszy są w szkole. Popołudnia zwykle mam zajęte, bo logistyka dziecięcych zajęć dodatkowych, wizyt lekarskich lub wycieczek do Mamy.
Wieczorem padam na nos i nie mam siły żeby coś składnie napisać. Od czasu infekcji covidowej wieczorem tj. po 21.00 czuje się tak jakby ktoś mi odłączył zasilanie.
A tak wiele jeszcze trzeba zrobić z rzeczy zaległych, tak dużo zaplanować na bliższe i dalsze miesiące...
Dopadło mnie przesilenie, nie wiem tylko czy zimowe czy takie "ogólnożyciowe".

Pewnie się odezwę za jakiś czas. Może w ferie zimowe złapię oddech.


niedziela, 21 listopada 2021

Życie z covidem w tle

Żyjemy.... jakoś.

Starszy w środę zakończył izolację domową. Pochorował kilka dni, głównie na niebywale gęsty katar. W poniedziałek wraca do szkoły.

Ja przez dwa dni miałam zatkany nos, całkowitą utratę węchu, potężny ból głowy i wielki światłowstręt. Teraz zostało mi trochę kataru i skłonność do szybkiego męczenia się. Niby wszystko jest w porządku, ale muszę częściej odpoczywać i drzemię w dzień (a to nietypowe). Robię tylko to, co muszę. Reszta czeka na powrót sił.

Mąż leży od środy z bardzo powiększonymi węzłami chłonnymi i koszmarnym bólem gardła. Do wczoraj był na diecie półpłynnej. Dziś powoli próbował jeść inne rzeczy. Dużo śpi i odpoczywa. Najgorzej z nas przechodzi covid.

Młodszy nie ma jak dotąd żadnych objawów. Nudzi się trochę, bo w szkole ostatnio był 26.10, a kwarantannę ma co najmniej do 3.12. Na razie edukacja domowa z Mamą się kłania.

Mam nadzieję, że po tak "rozrywkowym" listopadzie grudzień będzie spokojniejszy.

 

wtorek, 9 listopada 2021

Dopadło i nas

W końcu padło i na nas.

Starszak zachorował na Covid-19. 
W sobotę otrzymaliśmy ze szkoły informację o kwarantannie syna w związku z kontaktem z osobą zakażoną na zajęciach z piłki nożnej.
Wczoraj pojawił się ból brzucha, ból głowy i niewielka gorączka. Udało się nam załatwić zlecenie na test i późnym wieczorem otrzymaliśmy wynik pozytywny.
Wczoraj A ledwo łaził i pokładał się. Dzień spędził głównie w łóżku.
Dziś na lekcje on-line nie ma jeszcze siły, ale na spory z bratem już tak.
Z objawów mamy kaszel i osłabiony apetyt.

W związku z infekcją mieliśmy trochę zamieszania z przekładaniem wizyt lekarskich, wypełnianiem formularzy z Sanepidu i informowaniem szkoły i wychowawcy A.
Ciekawi mnie czy Młodszy też złapie prawem domina, czy już ma tylko się nie ujawnia, czy się wykpi.  Dla niego ta infekcja byłaby w najgorszym momencie. Właśnie skończył antybiotyk na stan zapalny zatok. Mieliśmy nadzieję, że trochę odsapnie od zarazków do 15.11 a tu zarazki go dopadły we własnym domu ;)

Marzył mi się spokojny, długi weekend we własnym domu, to go mam :)) Trzeba uważać czego sobie życzymy, bo życzenia się spełniają. Czasem w trochę ekstremalnej formie ;) 

piątek, 29 października 2021

Jak się dzieje, to się dzieje wszystko na raz

 A dzieje się u nas 

Od początku października T walczy z zatkanym nosem. Nos oglądali fachowcy (alergolog, laryngolog), stwierdzili obrzęk, całkiem duży i........... tyle. Robimy toaletę nosa, psikamy różnymi specyfikami, inhalujemy i......... po mniej więcej 10 dniach względnego spokoju powtórka z rozrywki. Z wtorku na środę T zagorączkował, w środę był trochę niemrawy, w czwartek w zasadzie zdrowe dziecko. I....... znowu odwiedziliśmy laryngologa. Obejrzał, wysłuchał co mieliśmy do powiedzenia i.......... dla odmianą wysłał nas na tomografię komputerową głowy. A na zdjęciu, na zdjęciu wyszły przyczyny nosowej katastrofy. Całkowicie zamknięte ujścia zatok przynosowych. U T sprawa zatok już raz wyszła. Ma bardzo wąskie ujścia z zatok, dodatkowo obrzęk (alergia???, opornie wychodzące górne dwójki???, obrzęk naczynioruchowy??? albo wszystko na raz) i to co zalegało w zatokach spowodowało stan zapalny. Nie wyleczony porządnie powraca jak bumerang. Efekt wizyty to 10 dni na antybiotyku, dwa tygodnie intensywnego psikania do nosa sterydu, basen wstrzymany na 4 tygodnie i 2 tygodnie pauzy od szkoły. W trakcie leczenia antybiotykiem go nie puszczę, zaraz po skończeniu antybiotykoterapii też nie. Mam nadzieję, że podjęte działania rozwiążą w końcu nasz problem. Dobrze, że trafiliśmy na dociekliwego lekarza.
Poza perypetiami nosowymi T znakomicie odnalazł się w szkole. Widać, że bawi się z kolegami coraz dłużej i intensywniej. Dlatego tak długa nieobecność w szkole była nam mocno nie na rękę. Dziś rano okazało się, że rozłąka z klasą będzie tylko częściowa. Od poniedziałku nasza klasa jest na zdalnym nauczaniu. Nauczyciel ze świetlicy ma pozytywny wynik testu na Covid. Takim to sposobem w przyszłym tygodniu T będzie miał lekcje z panią i z klasą, a nie tylko ze mną. 

Starszak dla odmiany przeszedł lekki katar sprawnie i szybko. Tylko masa zużytych chusteczek, kilka specyfików do nosa i trochę inhalacji. Za to w szkole pełno sprawdzianów, kartkówek i projektów. Starszy ma dość, choć dzięki dobremu planowaniu unikamy jak narazie nauki w weekendy. Niemniej jednak A ma powoli dość nauki. Dobrze, że najbliższy weekend spędzimy poza domem, będzie mógł trochę odetchnąć. I zregenerować głowę. 

A co poza tym... Byłam dziś umówiona z Mamą, że pojedziemy razem na cmentarz do Taty. Zeszłam do garażu, próbuję wyjechać i coś mi nie idzie. Myślałam, że zaciął mi się hamulec ręczny. Ale nie, wszystkie kontrolki zgaszone. Potem zorientowałam się, że samochód jakoś tak krzywo stoi. Okazało się, że prawe tylne koło to kapeć. Ściągnęłam do garażu Męża, zadzwoniłam do Mamy, że będę później i zabraliśmy się do wymiany koła. Miejsce parkingowe mamy ciasne, koło do wymiany tuż przy ścianie, więc musieliśmy wyjechać bardziej na środek. Oczywiście wtedy właśnie wszyscy wkoło musieli pilnie wyjechać lub parkować, więc trochę potrwało, zanim udało się nam zmienić koło na dojazdówkę. Mąż wrócił do pracy zdalnej, a ja odwiozłam koło do serwisu opon, zostawiłam tam razem z samochodem i pojechałam do Mamy. 

Na cmentarz dotarłyśmy taksówką, co okazało się w końcu bardzo wygodne, bo na parkingu nie dało się wcisnąć szpilki. Obeszłyśmy spokojnie wszystkie nasze groby, posprzątałyśmy, postawiłyśmy nowe kwiaty i zapaliłyśmy znicze. Pogoda była cudowna, a sam cmentarz wyglądał przepięknie. Alejki pokryte dywanem kolorowych liści, słońce przeświecające przez gałęzie, groby z zapalonymi zniczami. Mama była już mocno zmęczona, więc do domu wróciłyśmy także taksówką. Odwiozłam Mamę i pojechałam odebrać samochód, zatankować go, ogarnąć pozostałe koła. 

Potem szybko po książki do szkoły i do biblioteki. Potem do domu ogarnąć podwieczorek i inne rzeczy. Mieliśmy dziś jechać do Dziadków Grabowskich, ale nie daliśmy rady. Uznaliśmy, że mamy dość atrakcji w tym tygodniu. Wyjedziemy jutro rano i mam szczerą nadzieję, że odpoczniemy tam w spokoju. 



poniedziałek, 4 października 2021

Pierwszy weekend października

     W pierwszy weekend października wybraliśmy się na wycieczkę. Wycieczkę dwudniową, z noclegiem, tak jak to sobie wymarzył Młodszy. Wybór padł na Kazimierz Dolny i Dęblin, a konkretnie na wąwozy lessowe w okolicach Kazimierza i na Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie. Nocleg mieliśmy pomiędzy tymi miastami - w Puławach. Nie nastawialiśmy się jakoś mocno na piękną pogodę, bo jest jesienią różnie z tym bywa.

           Z Warszawy wyjechaliśmy mając nad sobą bardzo pochmurne niebo. Ale im bardziej zbliżaliśmy się do Puław, tym bardziej chmury się rozsuwały, niebo między nimi zaczęło błękitnieć, a nawet pojawiły się słoneczne przebłyski. A gdy dojechaliśmy do Kazimierza, rozchmurzyło się na dobre. Zaparkowaliśmy samochód, zjedliśmy drugie śniadanie na bulwarze nad Wisłą i w piękną, słoneczną pogodę ruszyliśmy eksplorować pierwszy wąwóz- Norowy Dół. 

      Gdy zniknęły ostatnie zabudowania i zagłębiliśmy się w las, poczułam się jak w Górach Świętokrzyskich albo w Pieninach. Z obu stron ściany wąwozu porośnięte drzewami. Na środku maleńki strumyk, żłobiący w miękkim gruncie kaniony, wąwozy i zatoczki. Ziemia pokryta dywanem różnokolorowych liści. A wszystko rozświetlone południowym, jesiennym, miękkim światłem. Nie umiem tego ani opisać, ani uchwycić na zdjęciach. Czułam się tak, jakbym była w środku filmu lub fotografii. Niesamowite uczucie, potęgowane jeszcze przez fakt, że byliśmy tam właściwie sami. Wspaniale było tak iść, przeskakiwać przez mikroskopijny strumyk, szurać w liściach i przechodzić nad lub pod zwalonymi drzewami.
 





Zdjęcia nie oddają nawet w połowie kolorów i światła





 
To zdjęcie wygląda jak w Pieninach a nie na Lubelszczyźnie :)

           Drugi wąwóz - Korzeniowy Dół zrobił na mnie jeszcze bardziej niesamowite wrażenie. Szliśmy niezbyt szerokim przejściem pomiędzy dwiema ścianami z lessu. Na górze rosły drzewa i krzewy, lecz my widzieliśmy przede wszystkim ich korzenie, poskręcane jak jakieś macki, które czekają by złapać nieostrożnego podróżnego lub chociaż podstawić się mu pod nogi. Wrażenie niebywałe. Zupełnie jak w Starym Lasie u Tolkiena. Niestety w tym wąwozie ludzi było mnóstwo, ale z drugiej strony gdybyśmy szli tam sami byłoby chyba trochę zbyt niesamowicie.



A poniżej padalec na żywo



            Mieliśmy w planach przejście jeszcze przez dwa wąwozy, ale brzuszki chłopaków zastrajkowały i trzeba było pilnie uzupełnić poziom energii. Na obiedzie wylądowaliśmy w libańskiej restauracji Kaslik. Z czystym sumieniem mogę ją Wam polecić. Jedzenie bardzo smaczne. Nawet wybredne podniebienie Starszego znalazło coś dla siebie. Czosnkowe frytki doczekały się miana "najlepszych frytek na świecie". Młodszemu i mnie posmakował przepyszny sos czosnkowy do mięsa, o konsystencji bardziej lekkiego twarożku niż sosu. Na deser lody, pyszne i słodkie. 

                   A na rynku...... Na rynku trafiliśmy na dwie atrakcje. Całe stado baniek mydlanych, dużych i maleńkich. Śmiechom pogoniom i podskokom nie było końca. 
Drugą atrakcją były trzy puchate szczeniaki malamuta. Wyglądały jak ruchome, pluszowe zabawki. Do przytulania i głaskania bez przerwy. Cudne były!!!



Bańkę łap albo uciekaj :)



               Po bardzo intensywnym dniu nasze zasoby energii były zdecydowanie na wyczerpaniu, więc postanowiliśmy pojechać prosto do hotelu. W hotelu spotkaliśmy się z Mężem, którego obowiązki służbowe zatrzymały przez całą sobotę w domu i do Puław dojechał pociągiem. Potem już tylko kolacja (niezawodny rosół), kąpiel, kolejny fragment nowej książki o Dzikim Zachodzie i spaaaaaaaaaaaaać.

          Na niedzielę zostawiliśmy sobie drugą atrakcję weekendu - Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie. Muzeum ma dopiero 10 lat i jest idealnym miejscem dla małych i dużych pasjonatów samolotów, powietrznych bitew, historii i technologii. My zwiedzaliśmy je z przewodnikiem. I po raz kolejny był to strzał w dziesiątkę. Sami z pewnością nie dowiedzielibyśmy się, dlaczego na naszywce pewnego pułku lotniczego jest kosa, czapka krakuska i barwy rodem z flagi Stanów Zjednoczonych.





            Pan uraczył nas ogromną dawką wiedzy, ciekawostek, wyjaśniał działanie fotela- katapulty i innych czasem bardzo dziwnych rzeczy związanych z samolotami. Dowiedzieliśmy się jak wyglądał mundur pilota myśliwca, a jak załogi bombowca i dlaczego tak bardzo się od siebie różniły. Poznaliśmy skład zestawu ratunkowego lotnika (np. jest w nim coś, co przypomina latawiec).


Ten pomarańczowy zestaw to dinga (tratwa ratunkowa) z dryfkotwą i rodzajem latawca (unosił antenę i był dodatkowym napędem)


             Poznaliśmy też zastosowanie samolotów w archeologii lotniczej a także gołębi pocztowych w wywiadzie lotniczym podczas I wojny światowej. W budynku muzeum i na zewnątrz spędziliśmy przeszło dwie godziny nawet tego nie zauważając. To była fascynująca przygoda. Z pewnością wrócimy tam znowu.

niedziela, 26 września 2021

Wrzesień i jego pogodowe szaleństwo

Muszę przyznać, że wrzesień mocno mnie zaskoczył.
Pierwsza połowa była słoneczna i dość ciepła. Spacerowaliśmy w krótkim rękawie. Bluzy i kurtki wisiały w przedpokoju raczej na wszelki wypadek. 

Początek września uczciliśmy wycieczką rowerową do Konstancina. 
Było fantastycznie. Jeszcze zielono, choć to zupełnie inny odcień zieleni niż latem. Gdzieniegdzie pierwsze, nieśmiałe kolorowe liście. Słońce przesiane przez gałęzie drzew, miękkie, delikatne światło. 

Potem nadciągnęła jesień deszczowa, chłodna i mokra. 
W taką nieprzyjazna pogodę obchodziliśmy rocznicę I Komunii Starszaka. Cieszyłam się w duchu, że choć nie pada i że mamy granatowy sweter. Inaczej Starszy zamieniłby się w lodowy sopel. 

Na szczęście pogoda w końcu przypomniała sobie, że jest coś takiego, jak złota jesień i za oknem coraz bardziej kolorowo. 
Wczoraj pojechaliśmy do Lasu Młocińskiego. Przez dwie godziny łaziliśmy sobie, oddychaliśmy zapachem sosen i słuchaliśmy ciszy.....  i naszych synów oczywiście. Bardzo lubię ten las. Jest w nim cisza, mało ludzi i duży teren do zabawy. 
A dziś w krótkim rękawie wygrzewałam się na ławce, a chłopaki grali w piłkę. 

I czy ten wrzesień nie jest zupełnie szalony??? 



czwartek, 26 sierpnia 2021

Chorwacja

Jedenaście dni nad ciepłym Adriatykiem. 
Jedenaście dni wygrzewania się w upale. 

Miejsce naszego pobytu to małe ale bardzo ładne miasteczko. Takie z domami z jasnego kamienia i brązowymi lub zielonymi okiennicami. Z wąską uliczką łączącą pocztę, boisko i port. Z mnóstwem kwitnących drzew i krzewów. Z dwoma sklepami, kilkoma straganami i jedną, znakomitą piekarnią.

Jak wyglądał nasz zwykły dzień?
Niemal codziennie rano maszerowałam do naszej ulubionej piekarni po pieczywo na śniadanie i przekąskę. Po śniadaniu wybieraliśmy na którą plażę dziś idziemy, pakowaliśmy manatki i szliśmy, każdy objuczony jak wielbłąd :))
Na plaży jak to na plaży, wskakiwaliśmy w buty, braliśmy maski i do wody. Woda po krótkiej chwili robiła się cieplutka, więc pływaliśmy i nurkowaliśmy do zmęczenia. Odpoczywaliśmy wylegując się na brzegu lub na dmuchanym krokodylu.
Woda była cudownie przejrzysta, swobodnie widać było dno nawet do 10 metrów. Podglądaliśmy ryby, kraby w muszlach i jakieś niemal przeźroczyste skorupiaki. Chłopcy pobijali rekordy w nurkowaniu i sprawdzaniu głębokości.
Gdy pływanie w końcu się nudziło, szliśmy na skałki i płycizny przy brzegu. Tam podziwialiśmy muszle - wydłużone spirale lub niemal okrągłe- zamieszkane przez jakieś morskie stworzenia, jeżowce i maleńkie chyba krewetki.
Około południa wracaliśmy do domu na obiad - prostu i szybki makaron z sosem, mięsem lub warzywami albo coś innego łatwego w przygotowaniu.
Po obiedzie sjesta a potem znowu plaża i pływanie albo granie w piłkę.
Słowem lenistwo.

Wyjazd był fantastyczny.
Oczywiście przygód również nam nie brakowało. 
Przygód  zdrowotnych, ponieważ Mąż złapał zapalenie ucha, Starszy miał problemy żołądkowe po winogronach, Młodszego upodobały sobie osy, a mnie pod koniec zabolał ząb. 
I przygód podróżowych, gdyż przez wypadek zamknięto główną drogę do granicy chorwacko-słoweńskiej a objazd pełen ciasnych agrafek to w górę to w dół dostarczył nam emocji nie lada. Choć potem okazało się, że mieliśmy duży fart, bo na przejściu granicznym z którego korzystaliśmy nie było kolejki.


Zdjęć jakoś mam mało, głównie razem pływaliśmy. Jak w końcu ogarnę aparat - wstawię choć trochę. 
Mam nadzieję na powtórkę za rok