poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Odpoczywamy...

 Żuljana, nasz mały raj na ziemi. 

Za każdym razem kiedy tu przyjeżdżamy, pojawia się coś nowego. Boisko z lepszym zabezpieczeniem z siatki, nowe miejsca do jedzenia, dmuchańce do szaleństwa wodnego. 

Czasem te zmiany są dla nas ważne, czasem mniej. 

Na szczęście są rzeczy, które się nie zmieniają. 

Nasza kwatera, tak samo wygodna jak rok temu. Cudowne plaże z przejrzystą wodą do pływania i podglądania podwodnego świata. Piekarnia z najlepszym pieczywem, stragany z warzywami i owocami. 

Jesteśmy tu po raz czwarty, więc czujemy się trochę jak u siebie.

Dobrze jest mieć takie miejsce, gdzie głowa może odpocząć.



czwartek, 18 sierpnia 2022

Przedwyjazdowo

             Nie było mnie tak długo, że nie wiem od czego zacząć ;) Zatem krótko i do rzeczy. Zmiana goni zmianę. 
           
           Starszy jest już nastolatkiem, więc i wszystkie uroki nastolatkowości mamy na tapecie (humory, nastroje zmienne jak woda w morzu, własne decyzje itp.). Pełna paleta barw. Z jednej strony daje nam w kość, z drugiej to mądry, młody człowiek, empatyczny, odpowiedzialny i samodzielny. To my musimy się do tej samodzielności przyzwyczaić, dać przestrzeń na własne wybory i decyzje.
          
         Młodszy..... Pisałam ostatnio o diagnozowaniu... Diagnoza jest - Młodszy ma zespół Aspergera. Niby widzieliśmy, że bardzo się różni od rówieśników, ale widzieć a mieć pewność to zupełnie inna historia. Staramy się więc o nowe orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. I tak stare jest tylko do końca trzeciej klasy, poza tym teraz będzie niepełnosprawność sprzężona. Wydawałoby się, że sprawa jest prosta: przynieść wszystkie zaświadczenia i diagnozy, to czego brakuje zrobić w poradni i już. Najwyżej pogodzić się z kilkumiesięcznym czekaniem na terminy. 
             Ale, ale zapomniałam!!! To przecież Polska, a w naszym kraju nic nie jest standardowo. Więc poradnie przerzucają się nami jak gorącym kartoflem, bo jedni mają za dużo dzieci pod opieką, a drudzy nie wystawiają orzeczeń w przypadku Aspergera, więc czemu mieliby wystawiać jakieś opinie. Nic to, że to nasza rejonowa poradnia. Która na dodatek palcem dla nas nie kiwa, bo wszystko do tej pory ogarniała szkoła. Rodzicu radź sobie sam. 
            Pisałam już kiedyś o tym, ale się powtórzę: W tym kraju rodzic dziecka niepełnosprawnego musi mieć pancerz najlepszego czołgu World of Tanks żeby się nie wkurzać za często, siłę rozjuszonego nosorożca żeby przebić się przez absurdy naszych przepisów, cierpliwość większą niż całkowita ilość wszelkiej wody na naszej planecie, upór ośli i spryt oraz inteligencję szczura. W innym przypadku pozostaje wygrać w totka miliony i mieć państwowy system pomocy w dużym poważaniu albo usiąść i walić głową o ścianę w nadziei, że cos mądrego do głowy wpadnie.
              Piszę więc dziś mail do dyrektora PPP w sprawie opinii logopedy i pedagoga dla mojego dziecka. I zobaczymy czy się łaskawie zgodzi czy nie.

                U mnie też zmiany, ponieważ postanowiłam wrócić na etat do pracy od października. Mam nadzieję, że wrzesień wystarczy do poukładania wszystkich puzzli rodzinnych. Jeśli nie, moje życie wejdzie na level hard.
                   O tym, że sprawy spadkowe ciągną się do tej pory i bynajmniej nie dlatego, że ja się obijam, nawet nie będę wspominać. To już jest level hard.

Kończę, bo jutro skoro świt wyjeżdżamy na urlop do Chorwacji. Przede mną mnóstwo rzeczy do ogarnięcia jak to przed wyjazdem.
Mam nadzieję, że Wam lato mija spokojnie i przyjemnie

czwartek, 31 marca 2022

Prawie kwiecień

Straszliwie długo mnie tu nie było.
Tak jak pisałam wcześniej, mnóstwo rzeczy czeka w kolejce do załatwienia, a doba ma tylko 24 godziny.
Luty zaczął się oddechem na narciarskich feriach zimowych.
Spędziliśmy je w tym samym miejscu co zwykle, w Białce Tatrzańskiej. 
Ten sam pensjonat, ten sam stok, znów spędziliśmy trochę czasu ze znajomymi a nasze dzieciaki miały szansę pobawić się razem. Nawet wypożyczalnia nart była ta sama.
Największą zmianą był fakt, że tym razem jeździliśmy na nartach bez instruktorów. Mąż i Starszak razem, ja i Młodszy razem. Odkryliśmy dwie nowe trasy w sam raz na nasze umiejętności. Było fantastycznie, choć pod koniec wyjazdu złapały mnie zatoki. Dawno tak bardzo nie bolała mnie głowa.
Drugi tydzień ferii spędziliśmy w domu, leniuchując, nadrabiając różne zaległości lekarskie i domowe. I oczywiście świetnie się bawiąc. 

Po feriach trzeba było wrócić do rzeczywistości. A rzeczywistość łatwa nie była, o nie.

Pierwsza sprawa - dokończyć podział spadku po Tacie.
Ile kosztował mnie ten podział, wiem tylko ja. 
Najpierw przedzierałam się przez sąd i sądowe ustalenia. Samo załatwienie dokumentów i przepchnięcie ich przez sąd trwało drobne 10 miesięcy - pandemia skutecznie przyhamowała działalność naszych sądów. Na odpis wyroku sądu czekałam 2 miesiące, bo zgubiono mój wniosek.
Potem ogarnianie dokumentów do US, które znowu trwało i trwało. Bo pan w banku nie wysłał, zapomniał, nie dołączył.... I tak przez 3 miesiące... 
Gdy wreszcie ogarnęłam US, z dwiema korektami, okazało się, pani w spółdzielni mieszkaniowej się pomyliła. I kolejna korekta do US.
Wreszcie gdy już niemal ogarnęłam niemal wszystkie niezbędne papiery, akcję zaczęła moja osobista Mama. I, kiedy po raz nie wiem który z rzędu wysłuchałam długiej litanii zarzutów i pretensji, stwierdziłam, że dosyć tego dobrego. Ograniczyłam kontakty z Mamą bardzo radykalnie. Dla własnego dobra, dla zachowania równowagi i ograniczenia niepotrzebnego stresu.
Dziś nasze relacje są poprawne, ale daleko im do bliskich.
Oczywiście dalsza rodzina nie omieszkała wtrącić swoich trzech groszy.
Kocham, no kocham te wszystkie dobre rady na temat liźnięty nieco i tylko z jednej strony. Więc trafił mnie szlag z jednej strony, z drugiej zaliczyłam dół wielkości Rowu Mariańskiego.
Z tej historii wynikła tylko jedna dobra rzecz. Nauczyłam się mówić NIE, wyrażać swoje zdanie GŁOŚNO i najpierw patrzeć na potrzeby moje i mojej najbliższej rodziny a potem na potrzeby innych. 

A potem, potem za naszą granicą wybuchła wojna. Wojna która jeszcze bardziej potrząsnęła moim światem. Światem przez który od trzech lat regularnie przechodzi tajfun zdarzeń. Najpierw trudna sytuacja rodzinna, potem pandemia, potem znowu zawirowania zdrowotne moje, dzieci, także innych członków naszej rodziny. Kiedy już się trochę pozbieraliśmy przyszły kolejne zawirowania rodzinne, zdrowotne. Potem chaos podatkowy, który ma ogromny wpływ na nasze decyzje finansowe. 
Niełatwo przetrwać taki czas bez płacenia wysokiej ceny za stres, za wysłuchiwanie miliona pretensji, za pogodzenie się ze specjalnymi potrzebami swojego dziecka, za zaakceptowanie w całości i kochanie ze wszystkich sił. Nie jest to łatwe dla nikogo. Ale jak się jest nadwrażliwcem, to płaci się podwójnie.
 
O diagnozie, z którą pogodzić się muszę, napiszę kiedyś. Jeszcze tego nie przetrawiłam.
Na razie robimy kolejne badania, zbieramy opinie i będziemy działać.

Jeśli zaś chodzi o urzędy i gubienie dokumentów to moja "znakomita" passa trwa nadal. Właśnie w spółdzielni mieszkaniowej zaginął dokument potwierdzający moje prawo do mieszkania. Zaginął pomiędzy kancelarią a działem zajmującym się własnością lokali...... 

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Nowy

Nowy miesiąc, nowy rok, nowe wyzwania....

Żyję, choć na razie nie mam ani zapału, ani czasu na pisanie. 
Tzn. czas jakoś podejrzanie mi się skurczył. 
Mnożą się rzeczy pilne i bardziej pilne do zrobienia. Z różnych względów zajmuje się nimi rano, dopóki Młodszy i Starszy są w szkole. Popołudnia zwykle mam zajęte, bo logistyka dziecięcych zajęć dodatkowych, wizyt lekarskich lub wycieczek do Mamy.
Wieczorem padam na nos i nie mam siły żeby coś składnie napisać. Od czasu infekcji covidowej wieczorem tj. po 21.00 czuje się tak jakby ktoś mi odłączył zasilanie.
A tak wiele jeszcze trzeba zrobić z rzeczy zaległych, tak dużo zaplanować na bliższe i dalsze miesiące...
Dopadło mnie przesilenie, nie wiem tylko czy zimowe czy takie "ogólnożyciowe".

Pewnie się odezwę za jakiś czas. Może w ferie zimowe złapię oddech.


niedziela, 21 listopada 2021

Życie z covidem w tle

Żyjemy.... jakoś.

Starszy w środę zakończył izolację domową. Pochorował kilka dni, głównie na niebywale gęsty katar. W poniedziałek wraca do szkoły.

Ja przez dwa dni miałam zatkany nos, całkowitą utratę węchu, potężny ból głowy i wielki światłowstręt. Teraz zostało mi trochę kataru i skłonność do szybkiego męczenia się. Niby wszystko jest w porządku, ale muszę częściej odpoczywać i drzemię w dzień (a to nietypowe). Robię tylko to, co muszę. Reszta czeka na powrót sił.

Mąż leży od środy z bardzo powiększonymi węzłami chłonnymi i koszmarnym bólem gardła. Do wczoraj był na diecie półpłynnej. Dziś powoli próbował jeść inne rzeczy. Dużo śpi i odpoczywa. Najgorzej z nas przechodzi covid.

Młodszy nie ma jak dotąd żadnych objawów. Nudzi się trochę, bo w szkole ostatnio był 26.10, a kwarantannę ma co najmniej do 3.12. Na razie edukacja domowa z Mamą się kłania.

Mam nadzieję, że po tak "rozrywkowym" listopadzie grudzień będzie spokojniejszy.

 

wtorek, 9 listopada 2021

Dopadło i nas

W końcu padło i na nas.

Starszak zachorował na Covid-19. 
W sobotę otrzymaliśmy ze szkoły informację o kwarantannie syna w związku z kontaktem z osobą zakażoną na zajęciach z piłki nożnej.
Wczoraj pojawił się ból brzucha, ból głowy i niewielka gorączka. Udało się nam załatwić zlecenie na test i późnym wieczorem otrzymaliśmy wynik pozytywny.
Wczoraj A ledwo łaził i pokładał się. Dzień spędził głównie w łóżku.
Dziś na lekcje on-line nie ma jeszcze siły, ale na spory z bratem już tak.
Z objawów mamy kaszel i osłabiony apetyt.

W związku z infekcją mieliśmy trochę zamieszania z przekładaniem wizyt lekarskich, wypełnianiem formularzy z Sanepidu i informowaniem szkoły i wychowawcy A.
Ciekawi mnie czy Młodszy też złapie prawem domina, czy już ma tylko się nie ujawnia, czy się wykpi.  Dla niego ta infekcja byłaby w najgorszym momencie. Właśnie skończył antybiotyk na stan zapalny zatok. Mieliśmy nadzieję, że trochę odsapnie od zarazków do 15.11 a tu zarazki go dopadły we własnym domu ;)

Marzył mi się spokojny, długi weekend we własnym domu, to go mam :)) Trzeba uważać czego sobie życzymy, bo życzenia się spełniają. Czasem w trochę ekstremalnej formie ;) 

piątek, 29 października 2021

Jak się dzieje, to się dzieje wszystko na raz

 A dzieje się u nas 

Od początku października T walczy z zatkanym nosem. Nos oglądali fachowcy (alergolog, laryngolog), stwierdzili obrzęk, całkiem duży i........... tyle. Robimy toaletę nosa, psikamy różnymi specyfikami, inhalujemy i......... po mniej więcej 10 dniach względnego spokoju powtórka z rozrywki. Z wtorku na środę T zagorączkował, w środę był trochę niemrawy, w czwartek w zasadzie zdrowe dziecko. I....... znowu odwiedziliśmy laryngologa. Obejrzał, wysłuchał co mieliśmy do powiedzenia i.......... dla odmianą wysłał nas na tomografię komputerową głowy. A na zdjęciu, na zdjęciu wyszły przyczyny nosowej katastrofy. Całkowicie zamknięte ujścia zatok przynosowych. U T sprawa zatok już raz wyszła. Ma bardzo wąskie ujścia z zatok, dodatkowo obrzęk (alergia???, opornie wychodzące górne dwójki???, obrzęk naczynioruchowy??? albo wszystko na raz) i to co zalegało w zatokach spowodowało stan zapalny. Nie wyleczony porządnie powraca jak bumerang. Efekt wizyty to 10 dni na antybiotyku, dwa tygodnie intensywnego psikania do nosa sterydu, basen wstrzymany na 4 tygodnie i 2 tygodnie pauzy od szkoły. W trakcie leczenia antybiotykiem go nie puszczę, zaraz po skończeniu antybiotykoterapii też nie. Mam nadzieję, że podjęte działania rozwiążą w końcu nasz problem. Dobrze, że trafiliśmy na dociekliwego lekarza.
Poza perypetiami nosowymi T znakomicie odnalazł się w szkole. Widać, że bawi się z kolegami coraz dłużej i intensywniej. Dlatego tak długa nieobecność w szkole była nam mocno nie na rękę. Dziś rano okazało się, że rozłąka z klasą będzie tylko częściowa. Od poniedziałku nasza klasa jest na zdalnym nauczaniu. Nauczyciel ze świetlicy ma pozytywny wynik testu na Covid. Takim to sposobem w przyszłym tygodniu T będzie miał lekcje z panią i z klasą, a nie tylko ze mną. 

Starszak dla odmiany przeszedł lekki katar sprawnie i szybko. Tylko masa zużytych chusteczek, kilka specyfików do nosa i trochę inhalacji. Za to w szkole pełno sprawdzianów, kartkówek i projektów. Starszy ma dość, choć dzięki dobremu planowaniu unikamy jak narazie nauki w weekendy. Niemniej jednak A ma powoli dość nauki. Dobrze, że najbliższy weekend spędzimy poza domem, będzie mógł trochę odetchnąć. I zregenerować głowę. 

A co poza tym... Byłam dziś umówiona z Mamą, że pojedziemy razem na cmentarz do Taty. Zeszłam do garażu, próbuję wyjechać i coś mi nie idzie. Myślałam, że zaciął mi się hamulec ręczny. Ale nie, wszystkie kontrolki zgaszone. Potem zorientowałam się, że samochód jakoś tak krzywo stoi. Okazało się, że prawe tylne koło to kapeć. Ściągnęłam do garażu Męża, zadzwoniłam do Mamy, że będę później i zabraliśmy się do wymiany koła. Miejsce parkingowe mamy ciasne, koło do wymiany tuż przy ścianie, więc musieliśmy wyjechać bardziej na środek. Oczywiście wtedy właśnie wszyscy wkoło musieli pilnie wyjechać lub parkować, więc trochę potrwało, zanim udało się nam zmienić koło na dojazdówkę. Mąż wrócił do pracy zdalnej, a ja odwiozłam koło do serwisu opon, zostawiłam tam razem z samochodem i pojechałam do Mamy. 

Na cmentarz dotarłyśmy taksówką, co okazało się w końcu bardzo wygodne, bo na parkingu nie dało się wcisnąć szpilki. Obeszłyśmy spokojnie wszystkie nasze groby, posprzątałyśmy, postawiłyśmy nowe kwiaty i zapaliłyśmy znicze. Pogoda była cudowna, a sam cmentarz wyglądał przepięknie. Alejki pokryte dywanem kolorowych liści, słońce przeświecające przez gałęzie, groby z zapalonymi zniczami. Mama była już mocno zmęczona, więc do domu wróciłyśmy także taksówką. Odwiozłam Mamę i pojechałam odebrać samochód, zatankować go, ogarnąć pozostałe koła. 

Potem szybko po książki do szkoły i do biblioteki. Potem do domu ogarnąć podwieczorek i inne rzeczy. Mieliśmy dziś jechać do Dziadków Grabowskich, ale nie daliśmy rady. Uznaliśmy, że mamy dość atrakcji w tym tygodniu. Wyjedziemy jutro rano i mam szczerą nadzieję, że odpoczniemy tam w spokoju.