poniedziałek, 8 lutego 2021

Luty

Oto jak wygląda dziś nasz balkon. Słowem wyjaśnienia podwórko z czterech stron otoczone domami - taka studnia. 




środa, 3 lutego 2021

Styczeń

    Pierwszy miesiąc nowego roku śmignął w olimpijskim tempie.
Fakt faktem, że działo się sporo, więc czas płynął tworząc małe zawirowania na wspólne zajęcia.

  Początek stycznia to ferie zimowe. Tak jak już wcześniej pisałam pół ferii zabawialiśmy się bez śniegu. Głównie w domu, bo pogoda była raczej słaba. Były wspólne gry planszowe, wielkie bitwy i wyścigi.
Odwiedziliśmy również moją Mamę - narobiliśmy hałasu, chaosu i trochę bałaganu rzecz jasna.

    Największe atrakcje pierwszego tygodnia to:
1. Uzupełnienie naszej szopki o figurki Trzech Króli - Młodszy oczekiwał tego z niecierpliwością
2. Szalony spacer w deszczu i skakanie po kałużach
3. Wizyta chłopaków u kolegi Starszaka (dziwnie się poczułam, gdy w domu nie było żadnego dziecka przez cztery godziny)
4. Rodzinne oglądanie filmów, na kanapie, z popcornem i przyciemnionym światłem.

   A potem, potem spadł śnieg, a Młodszy dostał epickiego kataru. Na szczęście katar w spacerach po śniegu i saneczkowaniu nie przeszkadzał. Skończyło się na inhalacjach przez tydzień. W drugim tygodniu ferii śnieg rządził niepodzielnie.

   Od 18 stycznia (czy jak w przypadku Młodszego od 19 stycznia) młodsze klasy wróciły do szkoły. Młodszy bardzo zadowolony. Są koledzy a nawet koleżanki do wspólnych zabaw, są atrakcje w postaci nowych roślin do pielęgnacji. Nawet lekcje jakoś się łatwiej wytrzymuje w szkole niż zdalnie.
  Starszy niestety nadal uczy się zdalnie. I choć lekcje ogarnia sam, widzę jak bardzo brakuje mu kolegów do zabaw i wygłupów. Aby trochę tę tęsknotę zmniejszyć w kolejny styczniowy weekend po rozpoczęciu szkoły był u nas jego kolega. Bawili się świetnie, ale zauważyłam pewną zmianę w ich zabawach. Kiedyś szaleli po całym domu, biegali, krzyczeli, a teraz na topie są gry planszowe albo karciane strategiczne. Chyba przechodzimy na kolejny etap, bo Młodszy również ostatnio wyciąga mnie do gier i zabaw planszowych. 

   Po feriach znów to śnieg był największą atrakcją. I kiedy tylko był czas chodziliśmy na sanki. A gdy śniegu było za mało urządzaliśmy bitwy śniegowe na naszym patio. Tam śnieg leży bez przerwy od pierwszego opadu. Podwórko studnia do którego nie dociera słońce czasem się przydaje.

    Poza śniegiem bardzo intensywnie czytaliśmy i czytamy. 
   Młodszy przygody Tappiego dłuższe i krótsze oraz operacje Biura Detektywistycznego nr 2. Obie pozycje czyta samodzielnie lub z nami czy z bratem. I obie mogę polecić na wiek 6, 7 i wyżej.
  Starszak operacje Biura Detektywistycznego nr 2 i cykl Baśniobór. Ten ostatni bardzo mu się spodobał, myślę że przeczyta również Smoczą Straż. To już lektura raczej na lat 10 i więcej.
    Czytamy również przed snem. Kończymy powoli cykl narnijski (został nam już tylko ostatni tom). Podróżujemy również po Dzikim Zachodzie z traperem Karolem Gordonem i jego przyjacielem lekarzem Janem czytając książki Wiesława Wernica.  
   Ja teraz czytam sobie Naukę Świata Dysku Prachetta. Są cztery części, tak jak wszystkie książki Prachetta są znakomite. Przeplatam ją sobie kryminałami Chmielarza.
     Mąż za to zachęcony przeze mnie pierwszymi tomami Świata Dysku - "Kolorem magii" i "Blaskiem fantastycznym" też wsiąkł w Prachetta. 

      Styczeń był również czasem załatwiania spraw zdrowotnych. Tych niezbyt przyjemnych jak wizyta u dermatologa i wymrażanie kurzajek albo wizyta u okulisty i te "paskudne, szczypiące krople" - cytat Starszaka i tych bardziej przyjemnych jak kontrola u ortodonty, gdzie wszystko jet na dobrej drodze do sukcesu. 

    Ostatni weekend stycznia mieliśmy wypełniony zajęciami. Sobotni poranek poza obowiązkowym sprzątaniem (trochę tym razem odpuściliśmy) Młodszy miał dodatkowy trening judo. Pognał jak na skrzydłach. Potem szybki obiad i ..... robiliśmy wspólnie domowe czekoladki. Wyszły przepyszne. Zdjęć nie mam, bo w niedzielę znikły do ostatniego czekoladowego okruszka. Później dzieciaki wybyły z mężem na sanki a ja zyskałam godzinę spokoju. Po powrocie z sanek czekoladki, podwieczorek i kakao bardzo im smakowało. Po południu Starszy uczył się do sprawdzianu z matmy z Tatą a my czytaliśmy i bawiliśmy się z Młodszym.
     
   A na koniec oto co robiliśmy w słoneczny poranek ostatniej niedzieli stycznia.

Zjeżdżaliśmy wszyscy troje. Dawno się tak świetnie nie bawiłam. Potem wspólna nauka przyrody ze Starszakiem i Msza św. Po południu obiad, deser (gdzie znikły ostatnie czekoladki), gry komputerowe.

   A wieczorem, oto co robiliśmy wieczorem:



Wybraliśmy się do Królewskich Ogrodów Światła. Pierwszy raz w przepięknej zimowej scenerii. Było naprawdę bajkowo.


Załapaliśmy się na świetlno-muzyczny pokaz w ogrodach pałacowych, chłopcy jeździli na świetlnej karuzeli. Świetnie się bawiliśmy.

czwartek, 21 stycznia 2021

Ferie i po feriach

Zebrałam się w końcu do napisania czegokolwiek.

Ferie spędziliśmy sobie całkiem spokojnie we własnym domu. Po tygodniowym pobycie u Dziadków Grabowskich nie było wcale tak łatwo wrócić do domowej rzeczywistości. 
Góra prania, góra prasowania, zakupy i ogarnianie domu. Przy okazji odkryłam, że po wyprowadzeniu stołu do pokoju (świątecznie) moja kuchnia to idealne miejsce do suszenia prania. 
Ja zajmowałam się domem, mąż w pracy zdalnej, dzieci bawiły się trochę samopas, trochę ze mną.
Kiedy w końcu spadł śnieg oczywiście eksplorowaliśmy go baaaaardzo intensywnie.
Może jeszcze dziś uda się nam wyskoczyć na sanki. Kto wie, czy to nie będzie ostatni raz w tym roku???


poniedziałek, 28 grudnia 2020

Grudzień

Za oknem pada deszcz. 
Może później wyjdziemy na krótki spacer. W końcu trzeba się trochę przewietrzyć. Na razie odpoczywamy. 

Grudzień był bardzo intensywny. 
Odbywaliśmy ostatnie wizyty lekarskie, odbieraliśmy wyniki badań, testowaliśmy tejpowanie stóp. 
Chłopcy mieli zajęcia szkolne. Klasówki, kartkówki i pisanie opowiadań - to Starszy,  czytanie, nowe litery i dużo zajęć plastycznych - to Młodszy. Chodzili na zajęcia pozaszkolne, a także doskonalili pływanie. Szkoła Starsza zorganizowała wypady na lodowisko, z czego korzystaliśmy chętnie. Tak chętnie, że postanowiłam zakupić łyżwy dla siebie.
Gościliśmy kolegów Starszego u nas, bo chłopaki bardzo się za sobą stęsknili. 
I regularnie wychodziliśmy na spacery, czasem połączone ze spotkaniem z kolegami Młodszego.  Postanowiliśmy w taki sposób choć trochę poznać nowych w końcu kolegów. 

Ja planowałam przygotowania do Bożego Narodzenia, tak żeby nie robić wszystkiego na ostatnią chwilę. Zakupy w ostatnich dniach przed Świętami zawsze przypominają mi bieg przez płotki. I zawsze o czymś zapominam.

Wykonywaliśmy wspólnie zadania z kalendarza adwentowego. W tym roku po raz pierwszy mieliśmy taki kalendarz. Nie chcieliśmy zwykłego kalendarza adwentowego z czekoladkami, więc przygotowałam 26 karteczek z różnymi zadaniami. Niektóre były kuchenne, niektóre plastyczne, a niektóre bardzo przyjemne. Myślę, że w przyszłym roku znów się o to pokusimy.

Oprócz koordynacji wszystkich tych wizyt, spotkań i lekcji było zwykłe prowadzenie domu, telefony do Mamy, wyjazd na cmentarz do Taty. 

Boże Narodzenie podzieliliśmy na domowe i wyjazdowe. 
Wigilię spędziliśmy u nas w domu, w piątkę, kameralnie, spokojnie i radośnie jednocześnie. Tak samo minął pierwszy dzień Świąt. W drugi dzień Świąt odwiedziliśmy moją Mamę, byliśmy na mszy za mojego Tatę, a po obiedzie wyruszyliśmy do Teściów. 
Dzień był trochę zwariowany, bo trzeba było wszystko spakować, jedzenie włożyć do zamrażarki, pamiętać o prezentach i innych rzeczach. 

Grabówka powitała nas lekkim mrozem i cieniutką warstwą śniegu. 
Wczoraj byliśmy na spacerze. Zimowe słońce i śnieg to idealne warunki do przewietrzenia się. Tym bardziej, że jak to u Babci, jedzenie jest pyszne i jest go dużo. 

Teraz odpoczywamy po intensywnym miesiącu. Czytamy, gramy w planszówki, jemy smakołyki, spacerujemy... 



czwartek, 24 grudnia 2020

Życzenia Świąteczne

 Nadeszły, choć w tym roku będą wyglądać zupełnie inaczej. 

Życzę Wam pokoju, radości i czasu dla Rodziny i dla Siebie. 


piątek, 20 listopada 2020

Listopad....

Dzieje się u nas.....

Ale po kolei....

Dzieciaki od 9 listopada mają zdalną naukę. 
Starszak radzi sobie całkiem nieźle. Ogarnia godziny połączeń z nauczycielami, pracę na lekcji, pracę samodzielną i domową. Jakoś znosi siedzenie w domu i brak kolegów fizycznie.

Młodszy to zupełnie inna historia. Po 10 minutach lekcji on-line odpływa w swój świat. Jeszcze na lekcjach z wychowawczynią nie jest źle. Po prostu Pani go zna i wie kiedy trzeba go ściągnąć z obłoków na ziemię. Przy zastępstwach to kompletna porażka. Jeśli go nie pilnuję, to umyka mu część lekcji. 
Trudno mu się skupić na ekranie. Do tego kusi majstrowanie przy laptopie. 
Na szczęście bardzo dobrze liczy i dobrze czyta. W kwestii pisania też się rozkręcił i strona w zeszycie do kaligrafii zajmuje mu już tylko 15 minut a nie 40.
Siedzenie w domu znosi lepiej niż Starszak. Za to integracja z klasą kwiczy. Bo przez ekran komputera on na integrację szans nie ma.
 
Na szczęście pogoda jak dotąd pozwala na dłuższe i krótsze spacery, z czego skwapliwie korzystamy.
Chłopcy mają też zajęcia poza szkolne. Starszy chodzi na basen i zajęcia SI, Młodszy na basen, judo i zajęcia SI. Bardzo się cieszę, że na razie te zajęcia funkcjonują, że przynajmniej przez chwilę dzieciaki mogą być w grupie rówieśników a nie tylko z nami.

Ja korzystam z zapasów książkowych i czytam, czytam, czytam. To moja główna odskocznia od codzienności. A codzienność lubi się komplikować, oj lubi.
 
Ledwo ogarnęłam jako tako zdrowotne sprawy mojej Mamy, ledwo Teść wyszedł trochę na prostą, przyplątało się coś nowego. Tym razem to ja, Starszak i Młodszy mamy zdrowotne przygody.
Młodszy w sumie jest najlżejszym przypadkiem - tylko drobne zmiany dermatologiczne (teraz kontrola w styczniu).
Za to ja i Starszak wyrabiamy rodzinną normę.
Starszy trochę nas nastraszył w wakacje więc po powrocie do domu byliśmy u pediatry, zrobiliśmy badania. Wyniki w zasadzie OK, jedna rzecz nieco podwyższona więc kolejne badania i konsultacje. I wynik tych konsultacji jest taki, że mamy do zrobienia rezonans magnetyczny i EEG. I tu zaczynają się małe schody. Po pierwsze wcale nie jest łatwo umówić się na rezonans magnetyczny, po drugie to badanie jest hałaśliwe i trzeba pozostać w bezruchu. A perspektywa wenflonu i kontrastu jeszcze pogarsza sprawę.
EEG wygląda lepiej. Tu tylko dyskomfort związany z nałożeniem na głowę czepka z elektrodami. Na szczęście badanie jest wykonywane w czuwaniu.
Ja za to muszę się pilnie udać do rehabilitanta i pociągnąć damską diagnostykę. I tu znów schody. Rehabilitanta znalazłam szybko, w końcu trzy lata rehabilitacji syna nie poszły na marne. 
Ale z damską diagnostyką już mam pod górę. Bo albo nie robi się tego badania, albo jest robione częściowo, albo coś tam jeszcze.

I wiecie co, te wszystkie trudności to pikuś przy tym, gdy się usilnie próbuje za dużo nie myśleć o wynikach i następstwach tych wyników. Zwłaszcza że obecnie do leczenia klimat mamy słaby.

niedziela, 1 listopada 2020

Październikowe przygody

Pisałam ostatnio, że staramy się mało wychodzić, przynajmniej do  jutra. Tak zdroworozsądkowo.

Ale ponieważ początek października rozpieszczał nas piękną pogodą (przynajmniej na kilka godzin), więc postanowiliśmy z tego skorzystać. Najpierw mieliśmy jechać do Dziadków Grabowskich w odwiedziny, ale ostatecznie przełożyliśmy to na koniec października. 

Pierwszą niedzielę października spędziliśmy w Łowiczu i okolicach.
Jakiś czas temu chłopcy wyrazili chęć obejrzenia skansenu. Ciekawi ich historia, dawne zwyczaje, sprzęty, ubrania. Wybór padł na Maurzyce niedaleko Łowicza. A że chcieliśmy i my dowiedzieć się czegoś więcej, zdecydowaliśmy się na wycieczkę z przewodnikiem.
Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Pani, uprzedzona wcześniej że ma małoletnich słuchaczy, przygotowała dla nas świetną trasę. 
Obejrzeliśmy wiejską szkołę z izbą mieszkalną nauczyciela. Zwiedziliśmy gospodarstwo czyli chałupę mieszkalną stodołę, lamus i inne budynki gospodarcze. Dowiedzieliśmy się, że we wsi bywał jeden duży piec chlebowy, z którego korzystały wszystkie gospodynie. Widzieliśmy wóz drabiniasty. Zwiedziliśmy prześliczny drewniany kościół i plebanię. 
Dowiedzieliśmy się przy tym wielu interesujących rzeczy, np. każda chałupa miała izbę paradną i izbę do pracy. W tej pierwszej było zawsze czysto, korzystano z niej tylko od święta. W tej drugiej mieszkała i pracowała cała rodzina 5-8 osób.
Ponieważ to Łowicz, więc najbardziej charakterystyczną cechą były śliczne wycinanki z papieru. każda chałupa miała swój oryginalny wystrój.
Zresztą sami zobaczcie.


Kościół drewniany



Stodoła i kierat







Te ozdoby wycinane były prześliczne

Ciekawiło mnie, kiedy gospodyni miała czas na przygotowywanie tych ozdób. Przecież miała na głowie dom, dzieci i gospodarstwo.

Po skansenie i małej przekąsce wybraliśmy się na mszę świętą w Łowiczu. Przez całą drogę goniły nas paskudne deszczowe chmury. Na szczęście gdy wyszliśmy z kościoła, deszcz przestał padać. 
Postanowiliśmy wybrać się gdzieś na obiad, ale trudno było znaleźć wolne miejsce. W końcu znalazła się bardzo oryginalna knajpa w Łowiczu. To ciekawe miejsce bo przerobione ze zwykłego mieszkania. 
Kilka pokoi przerobiono na sale ze stolikami. Było kameralnie i bardzo smacznie. I znów podczas obiadu deszcz, a nawet ulewa za oknem.
Po obiedzie wyszliśmy na mokrą ale bardzo ładną uliczkę. Poszwędaliśmy się chwilę po łowickim rynku, zjedliśmy lody, wypiliśmy kawę i wyruszyliśmy na spacer do Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. 
Było już dość późno, słońce stało nisko nad horyzontem. Cały las wyglądał jak prześwietlony. Zdjęcia nie do końca to oddają, ale czułam się jak w odległej dzikiej krainie.


 

Chodziliśmy dobra godzinę, trochę po lesie, trochę po podmokłej łące. Pogoda podarowała nam słońce, ciepło i cudowne kolory.
Ten wyjazd miał być odpoczynkiem, po bardzo intensywnym wrześniu - i był.

Po wyjazdowym weekendzie oczywiście tydzień jak co tydzień.
Starszak do szkoły odprowadzał się sam, najchętniej na rowerze, bo szybciej i fajniej. Przyprowadzał się również sam. W miarę ogarniał swoje sprawy, choć nie zliczę ile razy zapomniał zeszytu, ćwiczeń lub książki potrzebnej do odrobienia pracy domowej. Na szczęście do szkoły mamy blisko, więc pracowicie jeździł po zapomniane rzeczy. Zajęcia dodatkowe ogarniał za to świetnie ;))
Młodszego do szkoły odprowadzałam ja, też najczęściej na rowerze. Odbierałam też ja. Swoje prace domowe też ogarniał w miarę samodzielnie. Zajęcia dodatkowe bardzo go cieszyły, zwłaszcza judo.
Tydzień minął spokojnie, przynajmniej w miarę.

Kolejny weekend to nasza niedzielna wyprawa do Muzeum Ziemi PAN na wystawę smoków. Bardzo chciałam ją zobaczyć, może nawet bardziej niż chłopcy.






Wystawa była świetna. Każdy smok miał szczegółowy opis miejsc pochodzenia, charakteru i upodobań. Smoki poruszały się, wydawały dźwięki. Miały też wspaniałe ubarwienie. A kilku nawet można było dosiąść.

Po wystawie wybraliśmy się do pobliskiego parku. Chcieliśmy skorzystać z pięknej pogody i niemal całkowitego braku ludzi. Park o tej porze roku zachęcał do brodzenia w liściach i podziwiania kolorów.

Potem kolejny tydzień zajęć szkolnych, domowych, zaległych badań. Jedynym przerywnikiem był Dzień Nauczyciela.

Kolejny weekend wyjątkowo paskudny i deszczowy spędziliśmy w domu. Był plan na wypad do lasu, ale pogoda skutecznie nas od tego odwiodła.

Poprzedni weekend mieliśmy spędzić u Dziadków Grabowskich, świętować zaległe urodziny i przyszłe imieniny. Ale ostatecznie nie pojechaliśmy. 
Po pierwsze chłopcy byli kompletnie zakatarzeni i w tym stanie nie nadawali się na żaden wyjazd. Po drugie w szkole T co rusz młodsze klasy miały zawieszone zajęcia z powodu choroby nauczyciela (Covid-19). Trochę się obawialiśmy, zwłaszcza że całkiem niedawno ktoś z tamtej rodziny zachorował na Covid. Wyjazd do Teściów odwołaliśmy w ostatniej chwili. I całe szczęście, bo okazało się że wychowawczyni T znalazła się na kwarantannie, a potem potwierdzono u niej testem Covid-19. Żałuję, że nie mogliśmy odwiedzić Dziadków, pobyć z nimi, zawieźć zdjęć z I Komunii A. Z drugiej strony oboje mają swoje dolegliwości, bardzo poważne. Nie jest im potrzebna nowa infekcja, nawet zwykły katar.

Ten weekend spędziliśmy bardzo stacjonarnie. Na szczęście wygląda na to, że Młodszy nie złapał wirusa od swojej wychowawczyni. Z katarem też wychodzimy na prostą. Jutro, jeśli pogoda pozwoli, wyskoczymy na jesienny spacer.