Najlepsze życzenia świąteczne.
Oby ten czas był pełen miłości, czasu spędzonego z najbliższymi i radości.
Nawet jeśli nie wszystko poszło zgodnie z przedświątecznym planem.
Bo i tak najważniejsze jest to, co mamy w naszym sercu
poniedziałek, 24 grudnia 2018
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Wspomnienia jesienne
Skoro wszyscy wspominają, powspominam i ja. Co prawda jesień a nie lato, ale piękną, pełną słońca i kolorów.
Nadnarwiański Szlak Schronów Bojowych i Skansen Kurpiowski w Nowogrodzie były naszym celem spontanicznej wycieczki w połowie października.
W pewną bardzo słoneczną sobotę Mąż rzucił hasło, że szkoda pięknej pogody i w ekspresowym tempie zorganizowaliśmy wycieczkę na Podlasie. W niedzielę około 8.00 rano wyruszyliśmy do Nowogrodu. To nieduże miasto, położone nad Narwią.
Na pierwszy ogień poszedł skansen, przepięknie położony na zboczu stromej skarpy nadrzecznej. Z góry rozciąga się wspaniały widok na koryto Narwi i Pisy. W kolorach jesieni wyglądały tak....
Zjedliśmy drugie śniadanie na trawie i ruszyliśmy oglądać chaty, zabudowania gospodarcze, spichlerze, wiatrak, młyn i piękną, starą, drewnianą łódź. Łódź to najstarszy zabytek skansenu, ma około 1000 lat. Pozostałe budynki to XVI wiek i później.
Do niektórych chat można było wejść. Bardzo nas to zainteresowało, bo nieczęsto można zobaczyć oryginalne sprzęty czy meble.
Obejrzeliśmy sobie izby mieszkalne i gospodarcze, umeblowanie, różne sprzęty domowe, a nawet zabawki.
Sprawdziliśmy jak wygląda w środku młyn wodny, gdzie wsypywano ziarno, gdzie pojawiała się mąka i otręby.
Widzieliśmy warsztat olejarski z wytłaczarnią oleju (głównie lnianego).
Obejrzeliśmy też wnętrze kuźni: piec, miech, kowadło, różne wyroby kowala.
Wiemy też dlaczego spichlerze stawiano na tzw. grzybkach, czyli drewnianych słupkach, szerszych u góry niż u dołu.
Od razu zastrzegam, że autorów zdjęć była czwórka :))
Po intensywnym zwiedzaniu przyszedł czas na obiad. Ale zanim wybraliśmy się na pizzę, dotarliśmy do pierwszego schronu, położonego tuż nad Narwią. Schron był świetnie zachowany, niezniszczony. Położony w strategicznym miejscu, tuż przy moście. Niestety można było oglądać go tylko z zewnątrz. Schronu ze wzgórza pilnuje pomnik-czołg.
A po obiedzie i obowiązkowych lodach ruszyliśmy na poszukiwanie pozostałych schronów. Jest ich 11, w różnym stopniu zniszczonych. Najbardziej zniszczone są te, które broniły Narwi.
Łatwo nie było, gdyż mapy nie mieliśmy. Ratował nas Internet i własna intuicja. Żałowaliśmy bardzo, że nie mamy latarek, bo wewnątrz schronów było ciemno i czyhały różne niespodzianki np, dziury, wystające pręty zbrojenia, rury.
W sumie znaleźliśmy siedem schronów, w tym dwa niezniszczone, do których można było wejść. Ósmy widzieliśmy z daleka, ale zabrakło już czasu, by podejść bliżej.
Oprócz schronów podziwialiśmy jesienne kolory. Nie wiem, czy zdjęcia oddadzą w pełni kolory i światło, ale........
czwartek, 8 listopada 2018
Niedzielna włóczęga
Przedostatnia sobota października szczelnie wypełniona była zajęciami. Za to w niedzielę, po mszy świętej dla dzieci postanowiliśmy skorzystać z ciepłej i słonecznej pogody.
Najpierw, dla siły wzmocnienia wylądowaliśmy we włoskiej restauracji na Saskiej Kępie. Po bardzo smakowitym obiedzie i deserze rzecz jasna, ruszyliśmy na powolny, niedzielny, jesienny spacer do Parku Skaryszewskiego.
Park Skaryszewski jest niezwykłym miejscem. Gdy pójdzie się alejką w głąb parku, można zapomnieć o tym, że to środek Warszawy. Dokoła drzewa, krzewy, trawniki, alejki, tajne przejścia między krzewami, woda. Gdzieś w oddali tylko słychać słaby szum samochodów, autobusów i tramwajów.
Ten park to idealne miejsce do zabawy dla dwóch bardzo ruchliwych chłopaków. A także wypróbowane miejsce na przetrwanie upalnego lata w mieście. Wspaniałe kolory oczywiście do kompletu. Zresztą sami zobaczcie.....
Ten park to idealne miejsce do zabawy dla dwóch bardzo ruchliwych chłopaków. A także wypróbowane miejsce na przetrwanie upalnego lata w mieście. Wspaniałe kolory oczywiście do kompletu. Zresztą sami zobaczcie.....
Taki spacer bardzo mi był potrzebny po długim, intensywnym tygodniu.
sobota, 3 listopada 2018
Listopad
Za oknem szarawo.
Przymglone, lekko rozmyte, kolory żółci, czerwieni, brązu.
Wszystko zasłonięte mgiełką deszczu czy mżawki.
Listopad - podobno najbardziej depresyjny i melancholijny miesiąc roku.
Dla mnie z jednej strony trudny do zniesienia brak słońca, zwolnienie tempa, mnóstwo pracy w pracy.
Z drugiej znak by zwolnić, uporządkować przestrzeń wokół siebie, pobyć w domu.
By z wiosną znów rozpocząć intensywne życie, zwiedzać okolicę bliższą i dalszą, grać w piłkę i badmintona, robić pikniki i rajdy rowerowe, spotykać znajomych na świeżym powietrzu.
Potrzebne jest nowe. Pomysł, który rodzi się powoli, w ukryciu, jak ziarno obumierające pod kołderką ziemi, by wiosną zmienić się w nową roślinę.
sobota, 13 października 2018
Jesienne światło
Październik to już prawdziwa jesień.
Choć za oknem słońce a temperatury letnie, jest coś, co należy tylko do jesieni. To kolory nieba i światło.
Niebo ma właściwy tylko dla tej pory roku błękit. Jasny, lekko przydymiony. Taki.... jesienny.
Światło miękkie, przefiltrowane, trochę melancholijne. Daleko mu do letniej intensywności i jaskrawości.
Światło ulubione, delikatne, łaskawe dla oczu pracujących z ekranem komputera, w sztucznym blasku halogenowych żarówek, często grubo po zmroku.
Teraz wolę delikatne punktowe kinkiety, lampki nad kuchennym blatem czy w okapie.
Teraz wolę ciepłe światło świec. Miękkie, łagodne dla oczu.
Jesień......sobota, 15 września 2018
Wrześniowe początki
Początki są trudne. Trzeba się przyzwyczaić do panujących zasad, na nowo wejść w plan dnia, trochę z okazji wakacji poluzowany.
Plan poranny mamy wspólny. Potem Starszy ma swoje zajęcia szkolne i dodatkowe, Młodszy ma swoje zajęcia przedszkolne i dodatkowe. Oprócz tego wspólne zajęcia SI - tym razem udało się je skupić w jednym dniu. Ja mam miesięczny grafik pracy na zmiany, Mąż ma względnie stałe godziny pracy. Opracowujemy logistykę z tygodnia na tydzień. Próby są bardziej lub mniej udane, ale powoli układa nam się schemat kto kogo kiedy odbiera lub zaprowadza. Wieczorem znów wspólny plan. Tylko ja się wyłamuję z niego, gdy drugą zmianę kończę o 22.00.
Młodszy z ochotą powrócił do przedszkola. Nudził się niemiłosiernie w domu (jednak moja kreatywność ma granice) i tęsknił do kolegów. Największy problem to, że do końca października nie może ćwiczyć ani chodzić na basen. Jakoś ogarniamy temat, choć T głośno i stanowczo się buntuje. Zdążył też złapać pierwszy katar.
Starszy powoli wdraża się w szkołę. Były już narzekania, spina z kolegą i fochy. Były też sukcesy i nowe, ciekawe rzeczy na lekcjach. Czyta lepiej, pisze całkiem sprawnie. Bardzo dobrze liczy. Oczywiście największa miłość to piłka nożna.
W pracy męża po staremu, w miarę spokojnie. Pojawiła się nowa opcja pracy w domu, czasem się przyda. Np. gdy w przedszkolu przedstawienie jest o 15.30 lub gdy wizyta u ortodonty jest o 8.50.
W mojej pracy już sezon przeziębieniowy się rozpoczął. Kolejki są coraz większe. Część ludzi złapała już jesienne wirusy. Do tego znowu ubyło nam personelu. Znów potykamy się o kufry z towarem nierozłożonym na półkach. Znowu poszukujemy różnych rzeczy w miejscach zupełnie przypadkowych. I oczywiście jesteśmy do tyłu z pracą.
Początki są też przyjemne.
Pierwszy weekend września był bardzo spokojny. T świeżo po zdjęciu szwów wymagał spokoju.
Drugi weekend września to niedzielna wycieczka piaseczyńsko-grójecką kolejką wąskotorową. Zaplanowaliśmy sobie wycieczkę trochę w ciemno, bo pogoda wahała się między deszczem a przebłyskami słońca. Ostatecznie było super. Temat na osobny post.
Trzeci weekend okazał się bardzo pracowity.
Klasa Starszaka zorganizowała rajd rowerowy z ogniskiem i pieczeniem kiełbasek. Przejechaliśmy rowerami od Dolinki Służewieckiej do polanki ogniskowej w Lesie Kabackim. Trasa przyjemna, tempo rozsądne. Potem przygotowanie drewna, poszukiwanie patyków do kiełbasek, rozpalanie ogniska, pieczenie kiełbasek. Nawet deszcz nam nie przeszkodził w dobrej zabawie.
W przedszkolu Młodszego odbył się piknik rodzinny. Temat przewodni - "Piotruś Pan". Były zadania i poszukiwanie skarbu. Z opowiadania T wnioskuję, że bawił się świetnie. Deszcz też im nie przeszkodził.
Po przygodowym poranku szybki obiad ( niezawodne spagetti), deser i ....... kolejna przygoda. Pojechaliśmy do starego domu. Trzeba było skosić trawę, uporządkować rynny i ogarnąć śmieci do wystawienia. I przede wszystkim zebrać winogrona. Małe, ciemne i słodkie jak miód. Chłopaki bawili się w Star Wars, łazili po drzewach a nawet kosili trawę. My sprawnie ogarnęliśmy podwórko. I spędziliśmy przyjemne popołudnie na świeżym powietrzu.
A jutro, jutro czeka nas leniwa niedziela z obiadem u Dziadków Warszawskich.
poniedziałek, 27 sierpnia 2018
Aaaaaa kiedy koniec
Mieliśmy dziś wychodzić do domu. Niestety jak zwykle coś się musiało sfilcować. Dziś mieliśmy badania. Okazało się, że wynik jest trochę zawyżony. I powstał dylemat: wyjść czy zostać.
Z jednej strony marzę o powrocie do domu, naszego warszawskiego domu. Czuję się tu jak w klatce. I coraz bardziej tęsknię za Andrzejkiem.
Z drugiej strony perspektywa szukania lekarza, który to ogarnie w razie pogorszenia, doustnego antybiotyku, biegunki, wymiotów..... Jakoś wcale mnie to nie pociąga.
Zostajemy więc. Mam nadzieję, że tylko do jutra.
Trzymajcie kciuki za nasze wyjście wkrótce!
Subskrybuj:
Posty (Atom)